Czy na pewno sąd zna prawo?

Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale poprosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie.
1 Krl, 11-12

Wywołują sprawę. Protokolantka żwawo kreśli dwie skośne linie na wokandzie – następna załatwiona… Zajmuję odpowiednie miejsce – nie za blisko ławy, nie za daleko. Mężczyzna z łańcuchem na fioletowym żabocie otwiera przewód sądowy. Po chwili nawiązuje się krótka, ale treściwa dyskusja:

– Wysoki Sądzie, warto zauważyć, że na tle zaistniałych okoliczności, wartałoby wziąć pod rozwagę….

– Panie Mecenasie (unosząc rękę w geście pax vobiscum) – iura novit curia!

Trudno sobie wyobrazić, by było inaczej. W pękających w szwach sądach naprawdę nie ma miejsca na prawne rozterki ani wątpliwości, mimo że na szalę sprawiedliwości oskarżeni kładą swoje ostatnie grosze – puszkę piwa, scyzoryk czy kluczyki od auta. Na salę wchodzi się po wyrok – najlepiej słuszny i szybki, bo przecież tymczasowe aresztowanie trwa, a osadzonego nadal podejrzewa się o próby ucieczki, matactwa choć od wydarzenia minęło kilka miesięcy, a sama kwalifikacja prawna nie jest przesądzona. I jeszcze do tego wszystkiego miało by się okazać, że sąd nie zna prawa?

Założenie byłoby jak najbardziej zasadne, gdyby system prawny w Polsce był na poziomie rozwijającego się społeczeństwa osadniczego – żadnych kodeksów, kilka rolek pergaminu i wosk do pieczęci. Tymczasem współcześnie nie opłaca się już nawet kupować papierowych aktów prawnych, „bo przecież za miesiąc wszystko się pozmienia”, a zresztą co właściwie kupować – przy złożonych sprawach okazuje się, że potrzebne będą na pewno Konstytucja, kk też się przyda, weźmie się również kc, bo przecież jakieś odszkodowanie zawsze się trafi, a w ogóle to sprawa dotyczy regulacji telekomunikacyjnych.

Sąd zna prawo, ale czy całe prawo?

Na ławie sędziowskiej zaczynają się piętrzyć góry papierów – pisma procesowe, odpowiedzi, własnoręcznie sporządzone notatki, ekspertyzy biegłych, które najpierw trzeba zrozumieć, a w tym wszystkim sędzia z łańcuchem na fioletowym żabocie. Iura novit curia – rozwiązanie problemu jest już w zasięgu ręki – da mihi factum, dabo tibi ius. Dla obserwatora-laika sprawa jest oczywista – to jest niemożliwe dla jednego człowieka, który podobnych spraw ma przecież kilka. Mimo wszystko od dziesiątek lat Sąd Najwyższy jak mantrę powtarza – nie ma możliwości sporządzania opinii biegłych w dziedzinie prawa. Byłoby to zresztą trochę nielogiczne – przynosimy na talerzu przed sąd zaistniały spór – możemy chyba oczekiwać, że wie co robi…

A tymczasem sędziowie niekiedy analizują po raz pierwszy jakieś przepisy, bo wcześniej nie mili z nimi styczności. Rozszyfrowują krok po kroku, paragraf po paragrafie zasady danej gałęzi prawa, słowniczek definicji legalnych, mechanizmy działania roszczeń, ciężary dowodów – coś, na co studenci mają niekiedy całe lata. Iura novit curia – tak, sąd zna prawo, ale nie całe. I zamiast pozwolić sędziom poradzić się w pewnych materiach, robią to samo poza sprawą i protokołami. Ale…

Niejednoznaczność na sali rozpraw

Załóżmy, że ekspertyzy z prawa wchodzą w grę. Sędzia po wstępnym rozpoznaniu sprawy uznaje się za… hmmm… niedouczonego? Lepiej – niesprawdzonego albo nieprzygotowanego do rozwiązania sporu i wydaje odpowiednie postanowienie. Co się dzieje? Strony szaleją, bo wykładnia przepisów prawa to przecież nie analiza toksykologiczna ani obserwacja zachowania osoby niepoczytalnej. Każdy widzi w niej coś dla siebie – tak jak w przeciąganiu liny – moja-twoja.

W takim razie jaki charakter procesowy nadać takiej ekspertyzie? Powiemy notatka urzędowa? Ale przecież na jej podstawie sąd będzie orzekał. Powiemy informacja dla sędziego niezwiązana ze sprawą? A co ze stronami? Jeżeli nie będą mogły się zapoznać z jej treścią, zostaną naruszone podstawowe principia procesu. A co z wątpliwościami co do takiej opinii – na pewno będą, bo skoro fakty naukowców nie są dla stron niekiedy jasne i pewne, to tym bardziej wykład z danej dziedziny prawa.

Pora przygotować się na komplikacje…

Sprawa nie jest prosta – wprowadzenie czegokolwiek do porządku procesowego musi przejść przez wiele sit wykształconych wraz z postępem cywilizacyjnym. Uwzględnić trzeba przede wszystkim prawa stron, zapewnienie poszanowania ich wolności i dóbr, a ponadto gwarancje procesowe – bezstronność, niezawisłość, kontradyktoryjność, jawność etc. Można pokusić się o stwierdzenie, że system prawny jest przerośnięty, a każdy nowy zabieg legislacyjny skazany jest co najmniej na długą kolejkę u drzwi doktryny i orzecznictwa.

Co w takiej na miejscu polskiego sędziego zrobiłby Salomon, znany z Bożej mądrości i daru rozwiązywania sporów? Czy złożyłby ręce na piersi, osunął się bezwładnie na krzesło i zawołał : „Boże, wspomóż!” czy może krzycząc do protokolanta „Przynieś mi miecz” stanąłby na wysokości zadania i pod groźbą sędziowskiego ostrza i złotego orła nadałby sprawiedliwości bardziej realny wygląd? Niestety… w żadnej znanej mi procedurze nie przewidziano – a szkoda! – takiego środka procesowego.