Żądasz odszkodowania od ubezpieczyciela? Może śledzić cię detektyw!

Poszkodowany w wypadku może żądać zadośćuczynienia za krzywdę. Wypłacona przez zobowiązanego kwota ma zrekompensować ból fizyczny i cierpienia psychiczne doznane na skutek uszkodzenia ciała. Wysokość świadczenia w dużej mierze zależy od konsekwencji zdarzenia w życiu codziennym. Te skrupulatnie badają ubezpieczyciele. W tym celu wynajmują nawet prywatnych detektywów, którzy przyglądają się życiu poszkodowanych. Czy to legalne?

Co wpływa na wysokość zadośćuczynienia?

Przepisy prawa nie określają ściśle przesłanek roszczenia o zadośćuczynienie. Brak jest również obiektywnych kryteriów, według których oblicza się wysokość należnego świadczenia. Przepis art. 445 §1 w zw. z art. 444 kodeksu cywilnego stanowi po prostu, że Sąd może przyznać poszkodowanemu odpowiednią sumę tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.

„Odpowiednia” to znaczy „przystająca do okoliczności danej sprawy”. Im większy rozmiar bólu fizycznego i cierpień psychicznych, tym wyższe zadośćuczynienie. Obowiązek udowodnienia istotnych w tym zakresie okoliczności spoczywa na poszkodowanym. Może on w dowolny sposób argumentować, że wypadek spowodował ogromne konsekwencje w jego życiu prywatnym czy zawodowym. Najczęściej w tym celu przedstawiane są dokumenty medyczne albo zwolnienia lekarskie, ale też zdjęcia obrażeń czy oświadczenia świadków.

Ubezpieczyciele nie wierzą poszkodowanym

Rzadko kiedy ubezpieczyciele bezkrytycznie przyjmują wyjaśnienia poszkodowanego czy jego bliskich. Najczęściej chcą podważyć prawdziwość ich oświadczeń. Nie dają wiary twierdzeniom o niemożności wykonywania zwykłych czynności życia codziennego na skutek wypadku. Sceptycznie podchodzą do opowieści o trudnościach w dźwiganiu ciężkich rzeczy czy podejmowaniu się jakichkolwiek prac domowych. A te okoliczności przecież istotnie wpływają na stopień krzywdy oraz – w konsekwencji – wysokość zadośćuczynienia.

Aby skutecznie zakwestionować dowody przedstawione przez przeciwnika, ubezpieczyciele decydują się nawet na wynajęcie detektywa. Zlecają mu śledzenie poszkodowanego i zbieranie informacji o jego rzeczywistej sytuacji. Takie działanie już na pierwszy rzut oka zdaje się naruszać prawo do prywatności. Nie może więc dziwić, że jedna z podglądanych osób zdecydowała się zakwestionować tę kontrowersyjną metodę. Sprawa trafiła aż do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który… wydał wyrok niekorzystny dla skarżącego.

Prywatny detektyw podglądał poszkodowanego w wypadku

Rozstrzygnięcie zapadło na kanwie sporu między pewnym Szwajcarem a ubezpieczycielem sprawcy wypadku drogowego. Ten pierwszy złożył pozew o zapłatę zadośćuczynienia w związku z doznanymi obrażeniami ciała. Argumentował, że na skutek zdarzenia nie może wykonywać żadnych prac domowych, co wpływa na stopień krzywdy. Przeciwnik procesowy wniósł o oddalenie powództwa i jako dowód przedstawił raport sporządzony przez agencję detektywistyczną. Wynikało z niego, że poszkodowany był filmowany i fotografowany w miejscach publicznie dostępnych. Na zdobytych materiałach widać, jak mężczyzna bez trudu nosi ciężkie przedmioty, sprząta samochód czy robi zakupy.

Dowód ten miał istotny wpływ na rozstrzygnięcie – sąd ostatecznie oddalił powództwo. Otworzyło to drogę do poszukiwania sprawiedliwości przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. Ten nie miał dla skarżącego dobrych wiadomości. Przesądzono bowiem, że takie działanie firmy ubezpieczeniowej nie narusza art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. W uzasadnieniu wskazano, że szwajcarskie sądy słusznie przedłożyły interes zakładu ubezpieczeń oraz – pośrednio -sprawcy zdarzenia ponad prawo do prywatności poszkodowanego. Zwrócono wręcz uwagę na obowiązek dokonania przez ubezpieczyciela weryfikacji prawdziwości twierdzeń osoby występującej z roszczeniem.

Czy orzeczenie jest słuszne?

Takie rozstrzygnięcie dziwi, aczkolwiek przemawiają za nim pewne argumenty. Z jednej strony poszkodowany nie wie, że jest śledzony. Z drugiej zaś, wysuwając argumenty dotyczące swojego życia prywatnego, godzi się na ich weryfikację. Jeśli zeznaje prawdę, nie ma powodów do zmartwień. Poza tym ubezpieczyciel – w tej konkretnej sprawie – pilnował, aby detektyw zbierał informację wyłącznie związane z twierdzeniami poszkodowanego. Nie było więc nadmiernej ingerencji w jego życie prywatne. Obserwacje odbywały się na neutralnym i publicznie dostępnym terenie.

Nie powinno też ujść uwadze, że spór o zadośćuczynienie nie dotyczy tylko poszkodowanego i ubezpieczyciela. Faktycznym sprawcą zdarzenia jest przecież ktoś inny, również osoba fizyczna. W niektórych wypadkach to ona w ostatecznym rozrachunku będzie odpowiadać. Jeśli bowiem spowodowała wypadek pod wpływem alkoholu czy uciekła z miejsca zdarzenia, ubezpieczyciel będzie mógł wystąpić z roszczeniem o zwrot świadczeń wypłaconych poszkodowanemu. W pewnym sensie i pośrednio spór dotyczy więc dwóch równorzędnych osób fizycznych. Gdyby odebrać ubezpieczycielowi możliwość weryfikacji twierdzeń powoda w omawiany sposób, w ostatecznym rozrachunku mógłby na tym niesłusznie ucierpieć ubezpieczony.

W praktyce trudno jest bowiem sprawdzić wiarygodność zeznań poszkodowanego, nawet na etapie postępowania sądowego. Mimo że w takiej sytuacji przesłuchanie odbywa się pod rygorem odpowiedzialności karnej, bardzo często dochodzi do pewnego „naciągania” faktów. Ponadto powoływani są świadkowie z kręgu najbliższej rodziny powoda, którzy najczęściej będą za wszelką cenę zeznawać na jego korzyść. Nie chodzi tutaj nawet o kłamstwa pod przysięgą, ale o zwykłe wyolbrzymianie pewnych kwestii. Ubezpieczyciele, w odróżnieniu od uczestników typowego sporu między zwaśnionymi stronami, nie mają z kolei możliwości powołania „swoich” świadków. Trudno jest przecież ustalić osoby, które znają sytuację poszkodowanego i jednocześnie będą zeznawać przeciw niemu.

Czas pokaże, czy omówiony wyrok wzbudzi wśród ubezpieczycieli zainteresowanie usługami firm detektywistycznych. Wydaje się, że poszkodowani powinni spodziewać się takich nietypowych kontroli.

Mehmedovic przeciwko Szwajcarii – decyzja ETPC z dnia 11 grudnia 2018 r., skarga nr 17331/11.