"Albo ty, albo ja" - Warszawa Kryminalna

28 stycznia 2021
hello world!

"Moja perspektywa przy pisaniu książki to widok z ławy dla publiczności. Przede wszystkim w sali rozpraw, ale też na korytarzu sądowym, przy stoliku z aktami w sekretariacie wydziału karnego, w pokoju widzeń aresztu".

Pani Helena Kowalik na zebranie materiałów do swojej książki poświęciła 4 lata. W niniejszym artykule przedstawiam jedną z wielu historii, które zdarzyły się w stołecznej Warszawie, po transformacji ustrojowej. Wszystkie imiona i nazwiska zostały zmienione.

Normalna rodzina

Rodzina Jarkiewiczów mieszka w niewielkim, trzypokojowym mieszkaniu na obrzeżach Warszawy. Ze względu na odległość, do centrum stolicy podróżują pociągiem. Głowa rodziny – pan Arkadiusz – nie pracuje od kilku lat. Wcześniej wyjeżdżał za granicę. Teraz zaczął spędzać więcej czasu ze znajomymi, szczególnie na osiedlowej ławce. Nigdy nie stronił od alkoholu. Z czasem zmieniała się jedynie jego częstotliwość i ilość spożycia. Dotykało to szczególnie jego żony i dwóch synów. Dla reszty pozostawał tym samym, zabawnym gościem i człowiekiem „do rany przyłóż”. Nikt nie znał jego drugiej, mroczniejszej strony.

Pani Bożena Jarkiewicz była jedyną pracującą osobą w domu. Pensja, jaką otrzymywała za pracę w supermarkecie nie była najwyższa. Pozwalała jednak dotrwać do kolejnej wypłaty. Czasami, dzięki przyznawanym premiom, udawało się jej nawet kupić chłopcom wymarzony komputer czy stół do pokoju dziennego. Nigdy na nic nie narzekała. Rodzina Jarkiewiczów uchodziła za „normalną rodzinę”. Co prawda sąsiedzie co jakiś czas słyszeli odgłosy kłótni i awantur, woleli się jednak nie wtrącać. W końcu, w jakiej rodzinie nie ma nieporozumień?

Zdarzało się, że coś bardziej zaniepokoiło mieszkańców sąsiednich lokali. Głośne trzaskanie, donośne krzyki co jakiś czas trwały... za długo. Zdarzyło się również, że ktoś znalazł panią Jarkiewicz, śpiącą razem z synami na klatce schodowej. Zazwyczaj kończyło się na uniesieniu brwi ze zdziwienia. Nikt o nic nie pytał. Każdy jednak się domyślał, co mogło się dziać za zamkniętymi drzwiami.

Dwaj "różni od siebie bliźniacy"

Olek i Marek nie byli już dziećmi, a młodymi mężczyznami. Pierwszy z nich był wyższy, tęższy a także odważniejszy. Drugi zaś stanowił jego całkowite przeciwieństwo. Dorastał jako chudszy, niższy i ten bardziej nieśmiały. Ktoś obcy mógłby powiedzieć o nim: wycofany społecznie. Chłopcy uczyli się nad wyraz pilnie, jak na swój wiek. Nigdy nie skarżyli się na ilość zadawanych prac domowych. Wręcz przeciwnie – wykonywali wszystkie możliwe zadania. Nie spóźniali się na lekcje, ani nie zabierali głosu, chyba że nauczyciel wywoływał ich do odpowiedzi. Nie mieli także żadnych wrogów, niestety - nie mieli również przyjaciół. Koleżanki i koledzy przywykli, że chłopcy byli cieniami i tak też ich traktowali. Gdyby mogli równie łatwo unikać swojego ojca…

Ojciec tyran

Dramat rodziny Jarkiewicz rozpoczął się lata temu. Była to gromadzona latami złość, strach i bezsilność. Prędzej, czy później, coś musiało się zdarzyć i zakończyć to wszystko. Być może taka myśl przebiegła któremuś z braci przez głowę. Może tak jak utrzymywał później na sali sądowej Olek, nic z tego, co zdarzyło się potem, nie było zaplanowane.

Każdy dzień rodziny Jarkiewiczów wyglądał zawsze tak samo. Pani Bożena wychodziła wcześnie na pociąg do pracy. Chłopcy pakowali się i ruszali do szkoły. Plan dnia Pana Jarkiewicza był ograniczony do wstania z łóżka. Następnie oddawał się konsumpcji wysokoprocentowych trunków. Czasami, w bramie bloku spotykał się ze swoimi kumplami, z którymi chodził do pobliskiego sklepu na piwo. Potem wracał do domu, siadał przed telewizorem i czekał. Czekał cierpliwie na powrót reszty członków rodziny. Czuł, że musi dać upust swojej frustracji i niezadowoleniu. Zawsze to on rozpoczynał kłótnie. Nie były to zwykłe kłótnie. Przerażający schemat wypracowany na przestrzeni lat powtarzał się dzień za dniem.

Zaczynało się od słownych zaczepek, sarkastycznych uwag lub delikatnych szturchnięć. Wszystko było przemyślane. Chodziło o wywołanie reakcji. Jeśli to nie wystarczało, rozpoczynały się wyzwiska. Do swoich synów zwracał się mianem „chwastów”, których powinien się pozbyć dawno temu. To były jedne z łagodniejszych określeń, jakie w ciągu całego życia słyszeli Olek i Marek.

Chłopcy nie tylko cierpieli psychicznie, ale również doświadczali „ciężkiej ręki” swojego ojca. Bił ich nie tylko rękoma – to było zbyt przewidywalne. Używał także wymyślnych "rekwizytów" (m.in. swojej ulubionej popielniczki, którą rzucał w chłopców) czy też mebli (drewniane stołki kuchenne były wystarczające, aby precyzyjnie zadać cios).

"Nikt nic nie widział"

Chłopcy chodzili do szkoły. Ktoś musiał coś w końcu zauważyć. Nie jest to jednak prawda. Ofiary przemocy domowej potrafią skutecznie zamaskować jej ślady. Z biegiem czasu doskonalą kamuflaż. Na lekcjach wychowania fizycznego, mając jeszcze świeże i usytuowane w widocznych miejscach siniaki lub zadrapania, obaj siadali na ławce. Nauczycielom tłumaczyli, że źle się czują. Nie dopytując prowadzący pozwalali im na nieuczestniczenie w zajęciach. Szkoła, pomimo niewiedzy na temat sytuacji Olka i Marka w domu, miała pewne plusy. Mianowicie - nie było w niej ich ojca.

Po chłopcach widać było natomiast widać złą sytuację finansową. Widziała to także pani obsługująca bufet w poczekalni dworca, skąd codziennie chłopcy odjeżdżali do szkoły. Dlatego, kiedy w bufecie na dnie garnka znajdowało się jedzenie, oddawała te porcję chłopcom.

Dlaczego rodzina nie pomogła?

Wątpliwości mogła budzić niewiedza pozostałej części rodziny, co się działo za zamkniętymi drzwiami Jarkiewiczów. Razem spotykali się na imieninach, świętach, a czasami odwiedzali się bez powodu. Szczególnie blisko wydawała się być ciocia Władzia – siostra Arkadiusza. Raz na jakiś czas, wstępowała ze swoją matką do rodziny Jarkiewiczów. Najczęściej w niedziele po mszy świętej. 

Chłopcy od najmłodszych lat byli świadomi rozwijającej się w ich domu patologii. Nie do końca potrafili zrozumieć: „dlaczego?”. Jednak im doroślejsi się stawali, tym częściej próbowali o tym rozmawiać ze swoją mamą. Proponowali, potem prosili i błagali, aby rozwiodła się z Arkadiuszem. Chociaż nadal nazywali go „tatą”. Niezależnie, czy był zupełnie trzeźwy (co występowało dość rzadko), czy też pod wpływem alkoholu.

Rozwód nigdy nie był rozwiązaniem...

Rozwód, zdaniem Bożeny, nie wchodził w grę. Była przerażona tą wizją. Tłumaczyła synom, że nie może tego zrobić. Paradoksalnie, jej zdaniem, doprowadziłoby to do jeszcze większej ilości problemów. Co więcej, kobieta szczerze wierzyła, że rozstanie jeszcze bardziej rozwścieczy Arkadiusza. Najpewniej miała swoje powody, by tak sądzić. Kobieta myślała, że jak złoży pozew o rozwód, to będzie musiała odejść z chłopcami. Nie miała ani siły, ani pieniędzy, żeby walczyć. Nie miała też dokąd się udać. Bezpieczniej było zostawić rzeczy takie, jakimi są.

W domu panowała atmosfera grozy. Każdy dzień zaczynał i kończył się tak samo. Zarówno matka, jak i dzieci mieli codziennie jedno zadanie – unikać konfrontacji z ojcem. Wszystko po to, aby uniemożliwiać wszczynanie awantur w domu. Zawsze istniało ryzyko, że jego „ciężka ręka” dosięgnie niczemu nie winne ofiary.

Ojciec - twórca prawa

Arkadiusz z czasem zmienił swoje podejście do synów i żony. Zaczął wydawać im przeróżne nakazy i zakazy. Wszyscy musieli się do nich stosować. Przykłady można wymieniać w nieskończoność. Wystarczą jednak trzy:

a) zakaz przyprowadzania kolegów lub koleżanek do mieszkania,

b) zakaz wychodzenia ze swoich pokoi podczas obecności Arkadiusza w mieszkaniu (nawet, gdy chodziło o spełnienie potrzeb fizjologicznych),

c) zakaz korzystania z komputera (prezentu od pani Bożeny dla chłopców).

Zakaz korzystania z komputera był jednak przez obydwu chłopców nagminnie łamany. Musieli się jakoś uczyć, uciekać od swoich koszmarów. Ryzykowali...

Arkadiusz wiedział o tym. Przed każdym wyjściem z domu oraz po każdym powrocie, zapisywał w swoim notatniku stan liczników zużycia prądu. Był to prosty sposób wykrycia łamania przez Marka i Olka zakazu. Łatwo się domyślić, co się działo później.

Pewnego dnia wyładował swoją złość na ów komputerze. W pierwszej kolejność przeciął nożem wszystkie podłączone do komputera kable. Następnie, na tyle na ile starczyło mu sił, przy pomocy młotka, zniszczył go całkowicie. Po wszystkim Arkadiusz natychmiast zniósł go do piwnicy i postawił w ciemnym kącie komórki. Sytuacja w domu stała się jeszcze bardziej napięta. Panowała

„cisza przed burzą”.

Wieczorem, Arkadiusz wrócił do domu. Był, jak zwykle, pod wpływem alkoholu. Od progu hałasował i pomrukiwał. Rozejrzał się po mieszkaniu. Wiedział, że pani Bożena jeszcze nie wróciła z pracy. Podejrzewał, że w domu są już jednak jego synowie.

Marek, słysząc przekręcany w zamku klucz, zamknął drzwi swojego pokoju. Wiedział, że jego mama nie wróci do domu jeszcze przez jakiś czas. A Olek… Olek powinien dopiero wsiadać do autobusu, którym wróci do domu. Był sam i był przerażony. Nigdy nie był w stanie się przed nim obronić. Uniemożliwiała to jego drobna postura. Po za tym, zawsze paraliżował go strach. Wiedział, co za chwilę się stanie.

Początek końca

Zanim ojciec chwycił za klamkę, Marek zamknął oczy. Pomyślał, że zniechęci go, gdy zobaczy śpiącego syna. Przykrył się szczelniej kołdrą. Postarał się, w miarę naturalnie, ułożyć swoje kończyny na łóżku. Mocniej przymknął powieki i czekał.

Arkadiusz wtargnął głośno do pomieszczenia, robiąc przy tym wiele hałasu. Marek zwątpił w swój plan, gotowy zrezygnować. Ojciec zaczął wykrzykiwać jego imię. Następnie ściągnął z niego pościel. Zaczął rzucać w jego stronę wyzwiska. Oskarżał Marka, o niewdzięczność. Krzyczał, że obaj z Olkiem wysysają wszystkie rodzinne oszczędności. Zażądał, żeby Marek zwrócił mu wszystkie rzeczy, jakie od niego dostał. Marek, widział ojca w takim stanie nie pierwszy raz. Nauczył się nie prowokować i nie odpowiadać na jego zaczepki. Zdawał sobie sprawę, że to mogłoby tylko pogorszyć sprawę. Ciągle liczył, że do mieszkania za chwilę wejdzie mama albo Olek.

Posłusznie zdecydował, że wyniesie wszystkie swoje rzeczy na korytarz. Trudno, później będzie musiał z powrotem je poukładać w pokoju. To jednak nie uspokoiło ojca. Zaczął krzyczeć jeszcze głośniej. W pewnym momencie przepychanka słowna zmieniła się w szturchanie. Ojciec chciał go uderzyć. Marek widział, jak mężczyzna kieruje zaciśniętą pięść w jego stronę. Sekundę później uderzył drugi raz. Nagle coś w Marku pękło. Coś, czego nie rozumiał. I pierwszy raz w życiu zaatakował...

Obrona konieczna

Twarz ojca znieruchomiała. Trwało to ułamek sekundy. Wściekły Arkadiusz ponownie zaczął atakować Marka. Ten zaś nie pozostawał dłużny. Poczuł w sobie siłę. Przepychali się chwilę, aż upadli razem na ziemię. Marek znajdował się na górze. Zaciśniętą pięścią uderzył ojca w nos. Krew zaczęła spływać wzdłuż policzka. Marek wiedział, co się za chwilę stanie. Skorzystał z okazji, podniósł się z pozycji siedzącej i popędził do drzwi. Z nadzwyczajną prędkością pobiegł do mieszkania sąsiadki z naprzeciwka. Kobieta wpuściła chłopca do środka i pozwoliła mu się ukryć.

Jakiś czas później do mieszkania wróciła pani Bożena. Zastała męża w momencie, kiedy uderzał krzesłem o ścianę. Tuż za nią do pomieszczenia wszedł Olek. Zobaczył jak ojciec podnosi swoją pięść w stronę matki. Niewiele myśląc uderzył ojca.

Stojąca z boku Bożena wiedziała, że musi powstrzymać to szaleństwo. Zadzwoniła na policję. Funkcjonariusze zjawili się w krótkim czasie. Interwencja zakończyła się objęciem rodziny tzw. niebieską kartą. Arkadiusz został wyprowadzony przez policjantów. Wychodząc, nie omieszkał rzucić w stronę synów obelg. Groził, co zrobi po opuszczeniu Izby Wytrzeźwień. Reszta wieczoru przebiegła spokojnie. Marek mógł wreszcie wrócić do domu.

Co będzie, gdy "tata" wróci z izby wytrzeźwień?

W domu panowała martwa cisza. Olek nie mógł przestać myśleć, o tym co się dzisiaj stało. Ani o tym, co będzie, kiedy ojciec wróci. Wytrzeźwieje i na pewno będzie chciał się zemścić za lekko opuchnięty nos i obitą szczękę. Chłopak wiedział, że nie powinien ale nie mógł powstrzymać satysfakcji.

Był dumny z brata i z mamy. Niecodziennie mieli tyle odwagi, żeby przeciwstawić się ojcu. Czuł ciężar odpowiedzialność, która na nim spoczywała. Zdawał sobie sprawę, że dzisiejsze wydarzenia to przełom. Wiedział, że teraz nie można się cofnąć. Musiał zrobić coś, co pozwoli ochronić mamę i brata. Następnym razem mogą nie mieć tyle szczęścia. Nie mógł na to pozwolić. Dlatego najciszej jak potrafił, udał się do kuchni. Znalazł długi kuchenny nóż. Zabrał go do pokoju i schował pod poduszką. Tak na wszelki wypadek. Gdy przyjdzie czas, a ojciec wróci - będzie przygotowany.

Nazajutrz Arkadiusz wszedł do mieszkania. Był zupełnie trzeźwy. Poszedł wziąć kąpiel, założył świeże ubrania. Zjadł niewielkie śniadanie. Chłopcy zostali w pokoju i nasłuchiwali. Pani Bożena zaczęła się krzątać po mieszkaniu. Wszyscy w napięciu czekali na rozwój wydarzeń.

Odwiedziny cioci

Tymczasem zadzwonił dzwonek do drzwi. W progu stała siostra Arkadiusza i jego matka. Mężczyzna postanowił wykorzystać te odwiedziny. Obie kobiety usłyszały jego wersje wydarzeń, które miały miejsce poprzedniego wieczora. Naturalnie, wszystkiemu byli winni chłopcy. Mieli też czelność podnieść rękę na ojca. Arkadiusz celowo przeinaczał fakty. Wszystko miało zacząć się od przyłapania chłopców na oglądaniu filmów pornograficznych...

Zarówno babcia, jak i ciotka, zaczęły głośno komentować całe zajście. Współczuły Arkadiuszowi temu, co mu się przytrafiło. Skrytykowały zachowanie Olka i Marka. Nie omieszkały wypomnieć im braku manier – nadal siedzieli w swoim pokoju. Z relacji Arkadiusza wynikało, że nie usłyszał od synów „przepraszam”. Co chwila, dorzucał szczegóły z brutalnej szarpaniny minionego wieczoru. Mówił jak bardzo zawiódł się na własnych dzieciach i żonie. Chłopcy nasłuchiwali. Pani Bożena siedziała na kanapie obok swojej teściowej i szwagierki. Nikt o nic jej nie pytał. Wiedziała, że bezpieczniej jest milczeć. W końcu i tak kobiety nie uwierzą w żadne jej słowo.

Odwiedziny w końcu dobiegły końca. Kobiety pożegnały się zdawkowo z Bożeną. Natomiast Arkadiusza mocno przytuliły i obiecały, że niedługo znowu ich odwiedzą. Chwilę po nich, z mieszkania wyszedł również Arkadiusz. Wcześniej sprawdził, czy ma jakieś drobne w kieszeni. Musiał odreagować te rodzinne spotkanie z matką i siostrą. Postanowił się napić. Koledzy pewnie już na niego czekali. Będą chcieli wiedzieć, co się wczoraj stało. Sprawdził portfel Bożeny. Znalazł w nim ostatnie monety. Przeliczył, włożył do kieszeni w spodniach i wyszedł z mieszkania.

Oczekiwanie na nieuniknione

Wszyscy odetchnęli. Wiedzieli, że jak tylko ojciec wróci, będzie chciał się zemścić. Pani Bożena potrzebowała chwili dla siebie. Uważała, że dzień zaczął się dobrze, biorąc pod uwagę wszystko co stało się wczoraj. Jej mąż wydawał się być zadowolony – siostra i matka uwierzyły w każde jego kłamstwo. Współczuły mu, że ma taką okropną żonę i synów. Nawet jeśli teraz wyszedł wypić z kolegami z bloku obok, wydawał się być w dobrym nastroju. "Trzeba usiąść przy stole i porozmawiać jak rodzina. Wyjaśnić, przeprosić. Może wszystko się ułoży i to, co się stało da mu do myślenia. Może wreszcie zmieni stosunek do niej, do dzieci. Kto wie, może uda się namówić męża na odwyk? Potem mogliby udać się na terapię".

Tymczasem Olek i Marek byli przerażeni. Wiedzieli, że muszą działać. Ucieczka nie wchodziła w grę. Wiedzieli, że mama nie zgodzi się opuścić ojca, a oni nie będą chcieli zostawić jej samej. Przez lata widzieli, do czego ojciec jest zdolny i wiedzieli, że ojciec na pewno nie odpuści. Nigdy wcześniej nie było interwencji policji.

Nie wiedzieli, kiedy wróci. Wiedzieli, że na pewno go usłyszą ale wtedy będzie za późno. Zamknęli i zastawili drzwi wszystkim, co byli w stanie przesunąć.

Zemsta

Arkadiusz wrócił do domu. Od razu ruszył do pokoju chłopców. Szarpnął za klamkę. Poczuł opór. Wściekł się i rzucał obelgami pod adresem synów. Nie mogąc otworzyć pokoju, chwycił to, co było pod ręką. Wybił szybę, która znajdowała się w drzwiach. Napierał na drzwi i meble, które za nimi stały. Groził synom, że tym razem nic go nie powstrzyma i ich zabije. Olek dobiegł do rozbitej szyby w drzwiach, przesunął przeszkody i wydostał się z pokoju. Stanął ojcem twarzą w twarz.

W mieszkaniu rozlegały się krzyki oraz dźwięki szamotaniny. Marek starał się odciągnąć brata. Nie widział, kiedy i w jaki sposób długi nóż znalazł się w dłoni Olka. Wszystko spowolniło. Zobaczył błysk ostrza, które następnie zatopiło się w ciele Arkadiusza. Zza pleców słyszał krzyk i płacz matki. Krzyczała coś o zmarnowanym życiu. Kałuża krwi stawała się coraz większa. W końcu Olek odwrócił się do Bożeny. Miał do matki jedną prośbę – chciał żeby zawiadomiła policję.

"Zmarnowałeś sobie życie"

Funkcjonariusze zabrali Olka do aresztu śledczego. Przesłuchanie chłopca było trudne. W notatce policyjnej odnotowano, iż był „w głębokim szoku”. Sąd wyznaczył kaucję. Niestety, Bożena nie miała środków, żeby pomóc synowi. Nie miała na kogo liczyć. Z pomocą rodzinie, przyszła Fundacja Pomoc Kobietom i Dzieciom. Olek mógł opuścić areszt do czasu rozprawy. Przydzielono mu kuratora sądowego - miał go obserwować do wyroku kończącego postępowanie. Sąd skierował chłopca na obserwację – biegli psychiatrzy mieli zbadać jego poczytalność.

Opinia kuratora, załączona do akt sprawy, przedstawiała Olka jako „opiekuńczego wobec brata bliźniaka”, zaś „z matką łączyła go równie silna więź”. Kluczowa miała okazać się opinia dotycząca jego poczytalności w chwili popełnienia zabójstwa. Część zgodnie twierdziła, że było to zabójstwo w afekcie - efekt wieloletniej przemocy domowej, jakiej doświadczał od wczesnych lat swojego życia. „Czarę goryczy” przelała sytuacja sprzed kilku dni – groźby kierowane do jego młodszego brata i matki. Był to impuls do podjęcia działania zanim ojciec dotrzyma słowa i spełni jedną ze swoich gróźb.

Pozostała część psychiatrów miała odmienne zdanie. Uważali, iż Olek zabił w pełni świadomie. Świadczył o tym nóż kuchenny, który ukrył pod swoją poduszką. Ich zdaniem, było to przygotowanie do popełnienia zbrodni.

Rodzina była w szoku - "Jak do tego doszło?"

Rodzice Arkadiusza skorzystali z prawa do odmowy składania zeznań w tej sprawie. Nie chcieli uczestniczyć w rozprawie i opuścili gmach sądu. Siostra Arkadiusza negowała zeznania swojej szwagierki i bratanków. Nie dopuszczała do siebie myśli, że jej świętej pamięci brat, podniósłby rękę na swoje dzieci i żonę. Przecież widziała go pod wpływem alkoholu – nigdy nie był agresywnym tyranem, jak określali go synowie. Wręcz przeciwnie – stawał się żartobliwy, łagodny jak branek. Próbowała przekonać sąd, że Olek zamierzał zabić swojego ojca. Ba! Sam miał jej o tym powiedzieć niedługo przed samym zabójstwem. Gdy sąd zapytał o szczegóły okoliczności, w jakich miało dojść do tej rozmowy, nie potrafiła ich przedstawić.

Następne zeznawała matki pani Bożeny. Przyznała ze skruchą, że wiedziała, iż dzieje się źle w małżeństwie jej córki i zięcia. Obserwowała jego przemianę. Po utracie pracy, nie potrafił znaleźć kolejnej. Zaczął coraz częściej „zaglądać do kieliszka”. Pieniędzy nie przybywało. Z dwójką dzieci, wydatki rosły właściwie podwójnie. Alkohol dodatkowo napędzał nienawiść zięcia do jej wnuków. Zaczęło się od kąśliwych uwag i sporadycznych klapsów. Później zaczął już znęcać się nad swoją żoną i dziećmi praktycznie codziennie. Chcąc pomóc córce, pani Władysława, udzielała jej pożyczek. Doskonale wiedziała, że pieniądze trafią w ręce zięcia. Mimo to, liczyła, że przynajmniej w taki sposób może pomóc i ustrzec córkę oraz wnuków przed jego gniewem. Żałowała, że nie udało jej się namówić córki na rozwód.

"Olek był dobrym uczniem". Zabił bo musiał

Następnie zeznawała wychowawczyni Olka. Nie mogła powiedzieć o nim złego słowa. Zachwalała jego podejście do nauki – zawsze pilny, sumienne odrabiał każdą pracę domową, a nawet zadania dodatkowe. Cichy, nigdy nie wdawał się w żadne bójki. Zwróciła uwagę, iż niespecjalnie udzielał się towarzysko w klasie. Uznała, że jest po prostu nieśmiały. Mama na wywiadówkach również nigdy nie dała po sobie poznać, że coś ją trapi lub przeraża. Nigdy nie pomyślała, że za zamkniętymi drzwiami rodziny Jarkiewiczów dzieje się tragedia. Skruszona, w imieniu całego grona pedagogicznego szkoły, przeprosiła Olka.

Mieliśmy być parą, ale On mnie odrzucił. Teraz wiem dlaczego

Na sali rozpraw pojawiła się także Zuzanna. Była koleżanką Olka. Razem spacerowali i spędzali sporo czasu razem. Miała nawet nadzieję, że przerodzi się to w "coś więcej". Nie doszło do tego, ponieważ Olek zerwał z nią kontakt. W trakcie zeznań, przytoczyła pewną sytuację. Na krótko przed zabójstwem, Olek zaprosił ją do swojego domu. Mieli spędzić w nim trochę czasu. Olek zaprosił ją tam pierwszy raz. Wcześniej tłumaczył, że rodzice nie lubią obcych i nie pozwalają za bardzo na przyprowadzanie znajomych. Tym bardziej zaproszenie cieszyło Zuzę.

Byli już o krok od klaki, w której mieszkała rodzina Jarkiewiczów. W ich stronę, zbliżał się mężczyzna. Zataczał się i zaczął bełkotać coś niezrozumiałego w stronę Olka. Po chwili odszedł. Pamięta, że skomentowała zachowanie mężczyzny, który był tak pijany, że ledwo stał na nogach. Olek nagle zbladł i zaczął tłumaczyć, że ma coś ważnego do załatwienia o co prosiła go mama. Po tamtym incydencie zaczął jej unikać. Kontakt w końcu się urwał. Jak przyznała, dopiero w świetle całej sprawy, zdała sobie sprawę, że mężczyzną, którego spotkali był ojciec Olka. Zeznania były wystarczające.

Zdaniem prokuratora...

i biorąc pod uwagę wszystkie okoliczność, w tym wiek oskarżonego, chłopak powinien być skazany na 3 lata pozbawienia wolności.

Zdaniem obrońcy...

Mowa końcowa obrońcy Olka rozpoczęło podsumowanie sytuacji, w jakiej przez lata dorastał Olek. Chciał za wszelką cenę uchronić przed gniewem ojca swojego brata oraz mamę. To on, obok swoich bliskich, był ofiarą. Wniósł o uniewinnienie chłopca. Oskarżony, w swoich ostatnich słowach, zwrócił się do dziadków. Wyraził żal i przeprosił za zabicie ich syna. Przyznał, że teraz zdaje sobie sprawę, że mógł szukać innego rozwiązania, szukać pomocy. Jednak w tamtej chwili wydawało mu się to najlepsze wyjście, żeby uwolnić siebie, Marka i mamę od ojca-tyrana.

Zdaniem sądu...

Wyrok – winny. Dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć i stała opieka kuratora sądowego. Uzasadnienie wzbudziło wiele emocji. Sędzia kolejno przedstawiał życie Olka, który dzień za dniem musiał mierzyć się z przemocą ze strony ojca. Przez lata obawiał się o swoją matkę i brata. W końcu cienka granica została przekroczona. Sytuacja, w jakiej znalazła się matka oraz jej dwaj synowie, była trudna. Chociaż to zbyt delikatne określenie na dramat, jaki rozgrywał się za drzwiami mieszkania rodziny Jarkiewiczów. Oskarżony mógł postąpić inaczej. Miał wokół siebie ludzi życzliwych, którzy nie odmówiliby mu pomocy. Wybrał najgorsze, a w swojej ocenie najlepsze, rozwiązanie, jakim było zabójstwo ojca. Ta świadomość będzie mu towarzyszyła przez resztę życia. Sędzia przyznał, że właśnie ta świadomość będzie dla niego najwyższą karą.

Prokurator niezwłocznie złożył apelację. Ta pozostała jednak nierozpatrzona.

Nie pozwól, by podobna sytuacja zdarzyła się również w Twoim otoczeniu

Główni bohaterowie tej historii to ofiary przemocy domowej. Niezależnie od jej formy pozostaje groźnym zjawiskiem. Historia przedstawiona na podst. książki Heleny Kowalik „Warszawa Kryminalna. Najgłośniejsze sprawy sądowe”. Sprawa miała słodko-gorzkie zakończenie. Główni bohaterowie, jak można przeczytać ww. książce, po latach przemocy domowej, zaczęli snuć plany na przyszłość i realizować swoje marzenia.

Na stronie Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia", można przeczytać, w jaki sposób zachować się, doświadczając przemocy - w trakcie awantury należy wołać o pomoc, uciekać - "Nie pozwól się wpędzić w takie miejsce mieszkania, skąd trudno uciec. Jeśli jest to możliwe zawiadom policję (tel. 997-połączenie bezpłatne lub z telefonu komórkowego 112)".

Zgodnie z ustawą, policja zobowiązana jest do podjęcia stosownych kroków, które pozwolą ofierze przemocy domowej czuć się bezpiecznie w swoim domu. Interwencja jest skuteczna w chwili zatrzymania sprawcy, który stanowi zagrożenie dla osób znajdujących się w jego otoczeniu. Ponadto, ofiary przemocy zawsze powinny domagać się, aby policjanci wypełnili tzw. Niebieską Kartę.

Więcej informacji, dot. w jaki sposób i gdzie zgłosić się po pomoc, na stronie internetowej: Pogotowia dla Ofiar Przemocy.

chevron-down
Copy link