Czy sąd zna prawo?

30 stycznia 2018
hello world!

Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale poprosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie - 1 Krl, 11-12

Wywołują sprawę. Protokolantka żwawo kreśli dwie skośne linie na wokandzie – kolejna sprawa załatwiona. Zajmuję odpowiednie miejsce – nie za blisko ławy, nie za daleko. Mężczyzna z łańcuchem na fioletowym żabocie otwiera przewód sądowy. Po chwili nawiązuje się krótka, ale treściwa dyskusja:

- Wysoki Sądzie, warto zauważyć, że na tle zaistniałych okoliczności, wartałoby wziąć pod rozwagę….

- Panie Mecenasie - iura novit curia!

Trudno sobie wyobrazić, by było inaczej. W pękających w szwach sądach naprawdę nie jest łatwo połączyć prawne rozterki czy wątpliwości, wyrastające z kolejnych kart akt, z troską o zapewnienie gwarancji wszystkim uczestnikom procesu.

Na szalę sprawiedliwości oskarżeni kładą swoje ostatnie grosze – puszkę piwa, scyzoryk czy kluczyki od auta. Na salę wchodzi się po rozstrzygnięcie – musi być ono słuszne i wydane bez zbędnej zwłoki. Przecież w niejednej sprawie tymczasowe aresztowanie trwa, a wobec osadzonego nadal zachodzą obawy ucieczki czy matactwa choć od wydarzenia minęło kilka miesięcy, a sama kwalifikacja prawna też nie jest jeszcze przesądzona. Czy wobec tego sąd może nie znać prawa?

System prawny ulega nieustannym ewolucjom - od nowelizacji aktów prawnych po kształtowanie się linii orzeczniczych. Procesy te mogą być bardzo powolne, a niekiedy nietrudno je przeoczyć. Wymaga to od osób trudniących się prawem niebywałych starań i ciągłej weryfikacji posiadnej wiedzy. Oczywiście możemy liczyć na pomoce elektroniczne, ale to nie zmniejsza wysiłku prawników. Jednocześnie każde pojedyncze zdarzenie, rozpisane na kartach akt, wikła się w rozliczne regulacje z wielu różnych dziedziń prawa. A z tego wszystkiego trzeba wysupłać jedno słuszne rozwiązanie. To nie jest łatwy orzech do zgryzienia.

Sąd zna prawo, ale czy całe prawo?

Na ławie sędziowskiej zaczynają się piętrzyć góry dokumentów – pisma procesowe, odpowiedzi, własnoręcznie sporządzone notatki, ekspertyzy biegłych, które co do zasady wiążą się ze specjalistyczną dziedziną wiedzy, a w tym wszystkim sędzia z łańcuchem na fioletowym żabocie. Iura novit curia – rozwiązanie problemu powinno więc być w zasięgu ręki – da mihi factum, dabo tibi ius.

Jeżeli damy sądowi fakty, otrzymamy rozstrzygnięcie. Dla osoby niezajmującej się na co dzień prawem sprawa może wydać się oczywista – to jest niemożliwe dla jednego człowieka, który podobnych spraw ma przecież wiele. W zakresie wiedzy prawniczej obowiązuje jednak przyjęty standard – nie ma co do zasady możliwości powołania biegłych z zakresu prawa. Takie rozwiązanie mogłoby budzić bowiem wątpliwości – przedstawiamy sądowi zaistniały spór, więc oczekujemy rozpoznania sprawy i wydania słusznego rozstrzygnięcia.

A tymczasem sąd to sędziowie, którzy nieustannie się uczą, a niekiedy analizują po raz pierwszy jakieś szczegółowe przepisy, bo wcześniej nie mieli po prostu związanej z nimi sprawy. Rozszyfrowują krok po kroku, paragraf po paragrafie zasady danej gałęzi prawa, słowniczek definicji legalnych, mechanizmy działania roszczeń, ciężary dowodów – zazwyczaj samo poznanie prawa nie wystarcza. Daną materię prawną trzeba pojąć, zrozumieć, umieć zastosować.

Iura novit curia – tak, sąd zna prawo, ale to wymaga czasu. Czy więc powinniśmy pozwolić sędziom poradzić się biegłym w pewnych materiach prawnych?

Niejednoznaczność na sali rozpraw

Załóżmy, że ekspertyzy z prawa są dopuszczalne. Sąd po wstępnym rozpoznaniu sprawy uznaje, że do rozstrzygnięcia potrzebuje pomocy biegłego z danej dziedziny prawa. Może się to wydawać dziwne, bowiem sąd ma przecież narzędzia, by wyłożyć normę z suchego tekstu aktu prawnego. Co się wtedy może stać? Wykładnia przepisów prawa nie wydaje się być porównnywalna do analizy toksykologicznej czy obserwacji zachowania osoby niepoczytalnej. Każdy uczestnik postępowania będzie widział normę prawną swoim oglądem. Każdy z nich w pewien indywidualny sposób odczuwa "co być powinno".

W takim razie jaki charakter procesowy można byłoby nadać takiej ekspertyzie? Powiemy notatka urzędowa? Ale przecież na podstawie ekspertyzy sąd będzie ferował orzeczenie. Powiemy informacja dla sędziego niezwiązana ze sprawą? A co ze stronami? Jeżeli nie będą mogły się zapoznać z jej treścią, zostaną naruszone podstawowe principia procesu. A co z wątpliwościami co do takiej opinii – na pewno będą, bo skoro fakty naukowców nie są niekiedy jasne i pewne, to tym bardziej wykład z danej dziedziny prawa.

Pora przygotować się na komplikacje...

Sprawa nie jest prosta – wprowadzenie jakiegoś rozwiązania do porządku procesowego musi przejść przez wiele testów wykształconych wraz z postępem cywilizacyjnym i rozwojem prawa. Uwzględnić trzeba przede wszystkim prawa stron, zapewnienie poszanowania ich wolności i dóbr, a ponadto gwarancje procesowe – m. in. bezstronność, niezawisłość, kontradyktoryjność, jawność. System prawny się rozrasta, co wynika z różnorodności ludzkiej aktywności. Każde nowo zaproponowane rozwiązanie musi przejść tryby doktryny i orzecznictwa.

Co na miejscu polskiego sądu zrobiłby więc Salomon, znany z Bożej mądrości i daru rozwiązywania sporów? Czy podołałby próbie tak rozbudowanego systemu prawnego? Czy zdecydowalby się jednak sięgnąć po pomoc innych uczonych? Pytanie należałoby pozostawić otwarte, choć nie można uciec przed jednym wnioskiem. Nawet jeśli opinie biegłych z prawa byłyby dopuszczalne, kto decydowałby jako ostatni o sposobie zastosowania przepisu prawnego?

chevron-down
Copy link