Władysław Mazurkiewicz - historia Eleganckiego Zabójcy

24 grudnia 2018
/

Do widzenia, panowie, niedługo wszyscy się tam spotkamy. - tak brzmiały ostatnie słowa Władysława Mazurkiewicza zanim kat zwolnił zapadnię pod stryczkiem. Tak, 2 dni przed swoimi urodzinami zakończył życie człowiek, który zasłynął w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej jako Elegancki Morderca.

Kampania Wrześniowa i zdrada ojczyzny

Władysław Mazurkiewicz przeżywał swoją młodość w okresie przedwojennym. Chłopak bardzo wcześnie stracił matkę i był wychowywany przej ojca, który z zawody był drukarzem. Gdy tylko skończył gimnazjum dostał się na Uniwersytet Jagielloński i mógł wszem i wobec rozpowiadać, że jest studentem prawa. Chociaż w tamtych czasach podobno nie było to takie modne. W każdym razie był mężczyzną lubiącym brylować w towarzystwie. Zawsze elegancko się ubierał i pachniał drogimi perfumami. W swoich stronach zasłynął jako dżentelmen, z którym warto się zadawać.

Sielankowe życie przerwał wybuch II Wojny Światowej. W początkowym jej okresie Władysław Mazurkiewicz wziął udział w Kampanii Wrześniowej. W końcu jednak zauważył, że życie polskiego bohatera nie jest usłane różami i zatęsknił za swoimi poprzednimi wygodami. Los pokierował go w stronę Rudolfa Arnolda, krakowskiego szefa personalnego Gestapo. Koniec końców chłopak zdecydował się zdradzić ojczyznę na rzecz pieniędzy, wygody i prestiżu. Otrzymał legitymację fryzjer Gestapo. Z tym dokumentem mógł podróżować po całej okupowanej części Polski. W czasach, kiedy inni rodacy cierpieli głód, strach i rozłąkę z bliskimi on bawił się świetnie i korzystał z przywilejów otrzymanych od III Rzeszy.

W tamtym momencie też odkrył, że największym jego zamiłowaniem są pieniądze. Zajął się paserstwem. Przez jego ręce przechodziło złoto, dewizy, kamienie szlachetne, jak również całe skonfiskowane majątki żydowskie. W tamtym momencie, pozbawiony wszelkich granic moralnych uświadomił sobie, że może również zabijać. Chaos na ulicach i przyzwyczajenie do śmierci pozwoliło mu działać. Tak rozpoczęła się jego historia mordu.

Trucizna w bułce i pierwsza ofiara

W marcu 1943 roku w Krakowie Władysław Mazurkiewicz dotarł do Tadeusza B,  oficera Wojska Polskiego. Mężczyzna ukrywał się przed Gestapo. Paser zaproponował mu pośrednictwo w sprzedaży walut, być może w celu łatwiejszej ucieczki za granicę. Spotkali się za miastem. Mazurkiewicz idąc w stronę byłego żołnierza powiedział, że idzie po kontrahenta, wziął 200 dolarów od klienta i jednocześnie jakby od niechcenia poczęstował go swoją kanapką. Potem znika z zasięgu wzroku. Gdy oficer spróbował podarowanego posiłku od razu poczuł sztywnienie mięśni i zrozumiał, że został otruty. Upadł na ziemię i udawał martwego. W tym momencie na miejsce wrócił Władysław Mazurkiewicz i widząc ofiarę w tym stanie pozostawił ją na pastwę losu.

Ofiara korzystając z okazji zaczęła wlec się do najbliższych zabudowań. Spotkawszy gospodarzy prosił o mleko, twierdząc że bardzo źle się czuje. Właściciel ziemi widząc stan obcego przybysza wziął go na sanie i odwiózł do lekarza. Tadeusz B. został odratowany, a resztki kanapki zostały oddane do analizy. Okazało się, że w posiłku znajdował się cyjanek sodu. W tamtych czasach niedoszły zabójca nie musiał obawiać się żadnego śledztwa. Trwała wojna, a jego ofiara musiała w dalszym ciągu się ukrywać.

Dżentelmeńska herbatka i druga ofiara

Minęło 8 miesięcy od wspomnianego wyżej zdarzenia. W grudniu 1943 roku Władysław Mazurkiewicz postanowił znów wzbogacić się kosztem innego człowieka. Wiktor Z. był jego kumplem od interesów. Często też grali w karty. Nie mógł spodziewać się, że podczas jednego z rutynowych spotkań jego herbata zostanie zatruta. Gdy w konwulsyjnych drgawkach odchodził z tego świata, jego były kompan skrzętnie uwijał się zbierając jego banknoty. Tamtego dnia Elegancki Morderca wzbogacił się o 1200 dolarów. Jego znajomy wzbogacił się zaś o hurtową ilość H20 wypełniające jego ciało, kiedy zapadało się w głąb Wisły.

Elegancki Dżentelmen z pistoletem i śmierć za 100 zł

Od opisywanej herbatki minęły prawie 2 lata. Lato 1945 roku było zwiastunem nowego porządku na świecie. II Wojna Światowa miała się ku końcowi. Władysław Mazurkiewicz pozostał jednak taki sam. Skontaktował się ze swoim znajomym, Władysławem B i umówił się z nim w centrum Krakowa. Mieli pojechać na Bielany, tam znajdował się klasztor Kamedułów. Podobno jeden z zakonników miał do sprzedaży niezłą partię dolarów.

Ruszyli autem. W pewnym momencie Mazurkiewicz powiedział do kumpla: Niech pan zobaczy, jak wyglądają Tatry w słońcu. Tamten obejrzał się i napawał się widokiem pięknej panoramy. Jednakże nie z nadmiernego podziwu a od wystrzału z pistoletu na czole pojawiło się u niego trzecie oko. Opadł martwy na siedzenie samochodu. Morderca zatrzymał się i zapakował zwłoki do worka, następnie wpakował je do bagażnika. Zanim to zrobił wyciągnął od nieszczęśnika portfel, z którego wziął pieniądze, czyli 100 zł. Resztę zawartości spalił. Ciało miało spocząć w Wiśle. W tym celu potrzeba było trochę spokoju. W tak słoneczny dzień było o to trudno. Zaparkował więc samochód, założył kąpielówki i poszedł się opalać. Pod wieczór wrócił do pojazdu, wyjął z bagażnika zawartość i dokończył dzieło.

Morderstwo w garażu i pierwsza pomyłka

Trzy miesiące później Józef T. pomalował sufit swoją posoką w garażu zabójcy. Potem nastąpiła powtórka. Mazurkiewicz owinął zwłoki, wsadził do pojazdu i postanowił się ich pozbyć. Ciało zostało porzucone pod Alwernią. Wracając zamierzał wyrzucić poplamione krwią ubrania. Niestety po drodze się zakopał i musiał prosić o pomoc. Chłopi udzielający mu wsparcia zauważyli szmaty poplamione krwią. Informacja trafiła na Milicję. Elegancki Morderca został aresztowany. Jak się okazało - nie na długo. Sprawę prowadził jego przyjaciel i szybko doprowadził do umorzenia. Tak więc bezkarny zabójca mógł cieszyć się zdobytymi na ofierze pieniędzmi. 220 tys. zł  zostało przeznaczone na hazard i opłaty adwokatów.

Po pewnym czasie zgłosił się do niego Jerzy de L. Chciał by Władysław Mazurkiewicz pomógł mu w zbyciu banknotów 1000-dolarowych. Kupcem miał być zakonnik, znajdujący się w tym samym klasztorze, gdzie niegdyś miał wzbogacić się również Władysław B. Morderstwo skończyło się tak samo jak we wspomnianym, poprzednim przypadku. Strzał w głowę z pistoletu, kradzież kosztowności, wrzucenie zwłok do Wisły.

Wolontariat, szacunek i Polski Czerwony Krzyż

Władysław Mazurkiewicz stał się bogatym człowiekiem. Przestał zabijać a wśród swojego otoczenia miał nieposzlakowaną opinię. Został także pracownikiem Polskiego Czerwonego Krzyża i przedstawicielem handlowym w wytwórni win. Znany był również jako instruktor Państwowego Związku Motorowego i jako ekspert jeździł z milicjantami na miejsca wypadków. Zdarzyło mu się również orzekać w kolegium karno-administracyjnym. Innymi słowy, wygrane życie - prestiż, szacunek i bogactwo.

Jego życiową passę miała przerwać dopiero rozwijająca się w nim chciwość. Od wielu lat zastanawiał się jak pozbyć się Jadwigi de L., żony zabitego w dawnych latach milionera. Chciał przejąć ich cały majątek. Oprawca był zarazem sąsiadem ofiary, dlatego przez ostatnie miesiące budował zaufanie by w odpowiednim momencie uderzyć. W 1955 roku poinformował swoją przyszłą ofiarę, że Urząd Bezpieczeństwa planuje zrobić rewizję w jej mieszkaniu. Przechowywał jej kosztowności, a jednocześnie zapewniał o swoim uczuciu i chęci małżeństwa. Pewnego dnia zwabił ją do garażu i zastrzelił. Na tym jednak nie poprzestał. Zadzwonił do siostry zabitej i poinformował o jej chorobie. Nieświadoma podstępu kobieta przybywszy na miejsce również zginęła od kuli z tej samej broni. Zwłoki zostały zakopane w garażu i zalane cementem. Na miejscu nowej wylewki pojawił się dywan.

Ostatnia ofiara i śmierć na szubienicy

Stanisław Ł. został postrzelony przez Władysława Mazurkiewicza jeszcze w tym samym roku, w którym straciły życie wskazane wyżej dwie kobiety. Przez swoją potrzebę mordu Elegancki Morderca nie nacieszył się zdobytym bogactwem. Ranna ofiara zdołała dotrzeć na komisariat Milicji Obywatelskiej. Śledztwo ruszyło pełną parą. Po aresztowaniu zabójcy udowodniono mu popełnienie 6 morderstw i 2 nieudolnych prób pozbawienia życia kolejnych ofiar. 2 osoby zginęły od cyjanku potasu, reszta zginęła lub miała zginąć od pistoletu Walther. Podczas rozprawy sądowej Sąd Wojewódzki w Krakowie pękał w szwach wypełniony tłumem zainteresowanych.

Nie tylko cienie mordowanych ofiar. Nie tylko wdowy i sieroty po nich, nie tylko rodziny, ale cała opinia publiczna, cały świat pracy miasta Krakowa, zebrany tu, na sali, i tam, na ulicy - piętnuje z obrzydzeniem zbrodniarza i domaga się najwyższego wymiaru kary - prokurator podczas mowy końcowej

Wyrok został ogłoszony 30 sierpnia 1956 roku. Kara śmierci została wykonana 29 stycznia 1957 roku.