Mali przed ławą sędziowską

– Przepraszam bardzo, gdzie jest sala 200?

– Musi wejść Pan na 2. piętro, przy schodach skręcić w lewo, dojdzie Pan do dużego stołu – przy nim trzeba skręcić w korytarz A.

– Nie wiem, czy zapamiętam… I jeszcze ten stres.

– Pierwszy raz w sądzie?

– Tak, zostałem wezwany jako świadek. Nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi.

– Proszę się nie denerwować i podążać za wskazówkami sędziego.

– To ten z łańcuchem?

– Dokładnie tak.

Idę dalej sądowym korytarzem. Nic specjalnego – naokoło same terminy, przedawnienia, ekspertyzy, togi pospiesznie zarzucane na ramiona. Wszystko będzie dobrze! Trzeba być dobrej myśli! Nerwy nic nie pomogą! To tylko kilka zwrotów, jakie prawnicy kierują do swoich klientów. Po chwili słychać odgłos łańcuchów i zdecydowany marsz policyjnego konwoju. Dzień jak co dzień – jedni wchodzą, drudzy wychodzą, trzeci zostają. Dla adwokata czy prokuratora sąd to miejsce pracy – tu nie ma czasu na łamanie rąk czy smutki. Pomiędzy kartką papieru a telefonem komórkowym leży jeszcze kalendarz wypełniony terminami, pomazany długopisem, ogrzany ciepłem kancelaryjnych drukarek. W tym wszystkim naprawdę nietrudno zapomnieć o zwykłych obywatelach, którzy salę sądową znają jedynie z telewizyjnych programów.

Sądom nie wolno odmawiać powagi nie z powodu pracujących tam osób, ale mocy, jaką nadaje im prawo. Przesłuchanie, doprowadzenie, zatrzymanie, przeszukanie, aresztowanie – to jedynie kilka przykładów z całego wachlarza uprawnień wymiaru sprawiedliwości, które bezpardonowo wkraczają w sferę prywatną człowieka. Chodzi o rozwiązanie sprawy – niewątpliwie! Należy odpowiednio stosować prawo – to podstawa! Ale moim zdaniem to nie wszystko – chodzi również o zaufanie, spokój ducha i wiarę, że ferowane codziennie wyroki usiłują utrzymać w ryzach nie tylko kilku chuliganów, ale całe społeczeństwo. Powiemy: mnie to nie dotyczy! albo ja tam takich rzeczy nie robię! Nie do końca – każdy z nas ma swój udział w karaniu innych. W końcu wszyscy na sali rozpraw wstają, kiedy sędzia beznamiętnie głosi: Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej! W imieniu Państwa? Nie – w naszym!

Nie wiem, jak się dalej potoczyły losy mojego rozmówcy. Pewnie trafił pod odpowiednią salę, został zaproszony, wytłumaczono mu, w jakim celu i złożył zeznania. Jego stres nie był bezpodstawny – dla nowicjuszy wizyta w sądzie to nie kawa z koleżanką. Ogromne sale, mównica ustawiona na środku i ława sędziowska na podwyższeniu. Wszystko ma przypominać o powadze i majestacie sądu, co zresztą nie budzi poważnych wątpliwości. Chyba, że o szarym człowieku zapomina się w trakcie czynności, a podczas przesłuchania zaczyna być traktowany jako nośnik informacji a nie osobowe źródło dowodów.

Niestety – o ile szacunek wobec instytucji powinien być niepodważalny, to niejednokrotnie organy procesowe i strony postępowania swoim zachowaniem zdają się o tym zapominać. Przemawianie do świadka językiem ustawy, stresujące komentarze uczestników procesu i miny sędziego wcale nie ułatwiają w relacjonowaniu obserwacji. Wprowadzają zakłopotanie i poczucie bezbronności – Proszę zwracać się do sądu! Proszę odpowiadać zgodnie z pytaniem! Przypominam, że świadek został pouczony o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznać! Wysoki Sądzie, wnoszę o odebranie przysięgi! Proszę wszystkich o powstanie! Przyrzekam…

Siedząc w ławach dla publiczności zawsze czuję rozgoryczenie – przecież to wszystko nie jest potrzebne, aby unaocznić podsądnemu wszechwładzę prawa i powagę instytucji. Biorąc pod uwagę ilość spraw, jakie dziennie wywoływane są w polskich sądach, takie postępowanie z obywatelami wcale nie przyspiesza postępowania dowodowego, wręcz przeciwnie – przesłuchania trwają dłużej, bowiem świadek po kilku minutach nie czuje się pewnie by mówić. I gdzie w tym wszystkim prawda materialna? Gubi się pewnie gdzieś w przygryzionym języku, zająknięciach i podniesionym głosie przewodniczącego składu.

Tak jak wcześniej powiedziałem – liczy się również zaufanie obywateli do sądów, którego nie nabędą dzięki telewizji, ale poprzez osobiste doświadczenia przed ławą. Jedni pewnie po wyjściu z budynku zaczną pospiesznie szukać paczki papierosów, inni wodzić wzrokiem za jakimkolwiek środkiem lokomocji, a niektórzy po prostu utwierdzą się w swoim stanowisku wobec działania wymiaru sprawiedliwości. Czy to nie za wysoka cena, jaką sądy mogą zapłacić za swoje postępowanie?

Nie apeluję tym samym o zmiany w prawie, bowiem nie w tym rzecz. Nie szukam również powodów, by podważać szacunek wobec prawników. Chodzi jedynie o jeden wdech więcej, wzrok rzucony na wszystkich, a nie jedynie na akta i gotowość dostrzeżenia w tym wszystkim jednej wartości, jednego społeczeństwa i prostego szacunku. Wyrok jest w imieniu nas wszystkich, kodeksy to nasze wspólne deklaracje, choć niełatwe w zrozumieniu, a wezwanie do złożenia zeznań to nie kaprys sędziego a prośba o pomoc i – mam nadzieję – serdeczny uścisk dłoni społeczeństwa.