Sędzia Tomasz Ignaczak – wyroki nie muszą być nudne i trudne!

Sędzia Tomasz Ignaczak orzeka w IV Wydziale Karnym w Sądzie Okręgowym w Piotrkowie Trybunalskim. Dzięki jego wyrokom oskarżony nie musi pytać swojego obrońcy, czy wygrał, czy przegrał. Sędzia Ignaczak pisze bowiem uzasadnienia swoich wyroków w taki sposób, że zrozumie je każdy. Nawet osoba, która nie jest biegła w prawie.

Najczęściej czytanie uzasadnień, nawet dla prawników, wiąże się z pytaniem „co autor miał na myśli?”. Długie zdania, najeżone trudnymi zwrotami i milionem przepisów nie ułatwiają przebrnięcia przez kilku- czy kilkunastostronicowe wywody. Okazuje się jednak, że można lepiej. I przystępniej dla każdego. Sędzia Tomasz Ignaczak z SO w Piotrkowie Trybunalskim jest tego doskonałym przykładem. Jego uzasadnienia pisane są językiem łatwym, ale nie mają w sobie krztyny grafomaństwa. Znajdziemy w nich wiele porównań, metafor, analogii, epitetów – całą gamę środków stylistycznych. To wszystko powoduje, że wyroki te czyta się miło i przyjemnie, nawet jeśli dotyczą najgorszych zbrodni. Ale wystarczy już tych komplementów. Poniżej subiektywny wybór najlepszych fragmentów uzasadnień piotrkowskiego sędziego.

Czy to już pościg, czy tylko powolne człapanie?

Nieporozumieniem jest również upieranie się przez apelanta, że oskarżeni K. J. i S. C. gonili pokrzywdzonego J. K., ruszyli za nim w pościg, itp. Zacznijmy od tego, że oskarżeni K. J. i S. C. dopiero co wrócili z ryb i byli ubrani w wodery (K. J.) i „spodnio – buty” (S. C.). Biegając w czymś takim, raczej nie da się osiągnąć dużej szybkości (a można się nabawić bolesnych odparzeń i to bynajmniej nie tylko na stopach), trudno więc założyć, że oskarżeni gonili kogoś, bo nie daliby rady w tym stroju normalnie ubranego pokrzywdzonego doścignąć (nawet pomimo jego nietrzeźwości).

Oskarżeni wyjaśnili to logicznie i przekonująco – bojąc się, że pokrzywdzony uszkodzi samochód S. C. ten pobiegł w swoich wędkarskich „spodnio–butach” w kierunku miejsca postoju, aby go przestawić (a K. J. poczłapał za nim w swych woderach), a że w tamtym kierunku zmierzał akurat pokrzywdzony, to S. C. siłą rzeczy podążał za nim (jak słusznie zauważa nawet prokurator, w znacznej odległości około 100 metrów). Określanie tego prawdopodobnie komicznie wyglądającego zdarzenia szumnym słowem „pościg” jest nadużyciem. Obawa S. C. o swój samochód była uzasadniona, oskarżeni wiedzieli, że pokrzywdzony jest człowiekiem impulsywnym, widzieli, że znajduje się w stanie silnego wzburzenia oraz jest pod wpływem alkoholu, a przede wszystkim słyszeli, że tydzień wcześniej pokrzywdzony, wracając do domu w miejscowości L., ze złości kopał stojący przy drodze samochód.

Ile palców ma nieostrożny drwal?

Sąd Rejonowy, oceniając zeznania świadków mówiących o mobbingowaniu pokrzywdzonej, powierzchownie i tendencyjnie podszedł do tych relacji, odrzucając je jako „skrajne” i uznając za niewiarygodne. Tymczasem wcale nie są to relacje „skrajne” ani odosobnione – wręcz przeciwnie, świadków, którzy potwierdzali linię obrony oskarżonej można policzyć na palcach jednej ręki nieostrożnego drwala (są to: wieloletnia przewodnicząca (…) stale współpracująca z oskarżoną w osobie A. B. oraz koleżanka oskarżonej, współpracująca z nią, która zastąpiła ją na stanowisku dyrektora i kontynuowała jej praktyki w osobie W. M.), generalnie zdecydowana większość osób zatrudnionych z pokrzywdzoną potwierdzała jej słowa. Co więcej, nie są to zeznania przejaskrawione, tendencyjne, emocjonalne – świadkowie ci zeznają w sposób wyważony, rozsądny, opierają się na własnych obserwacjach.

Prawie jak Iliada

Przede wszystkim lansowana przez oskarżonego i jego żonę A. M. wersja, jakoby to A. M. prowadziła samochód, wjechała do rowu, po czym uciekła do lasu, pozostawiając męża w samochodzie jest w sposób oczywisty nielogiczna i dlatego została odrzucona. Nie jest więc prawdą twierdzenie apelanta, że jedynym powodem niedania wiary A. M. było to, że jest osobą najbliższą dla oskarżonego.

Przypomnijmy, że według tej dosyć zabawnej wersji A. M. bez żadnego sprzeciwu zdecydowała się w nocy zawieźć swojego kompletnie pijanego męża na stację paliw, aby ten mógł sobie (około północy) kupić papierosy. Już to wydaje się mało prawdopodobne, a na pewno jest nielogiczne, przecież A. M. w takiej sytuacji mogłaby sama pojechać na stację paliw po papierosy, a towarzystwo pijanego męża nie było jej do niczego potrzebne.

Dalej ta opowieść staje się jeszcze bardziej absurdalna. Otóż po wjechaniu do rowu i nakrzyczeniu na nią przez męża A. M. miała uciec do pobliskiego lasu, nie wzywając pomocy, nie troszcząc się o los samochodu i męża i pozostawiając w stacyjce pojazdu kluczyki. Jest to niedorzeczne. Przecież na początku tej historii A. M. jawi się jako kochająca, uczynna i dobroduszna żona, dla której nocna wycieczka po papierosy dla pijanego męża to nic nadzwyczajnego i niczym P[enelopa] jest gotowa do poświęcenia się dla małżeństwa. Co prawda przywołana mityczna postać miała na męża czekać wiernie przez 20 lat, odpierając zaloty adoratorów, gdyż w tym czasie ten walczył na wojnie trojańskiej, a potem przemierzał morza, zmagając się z losem i wolą bogów, a A. M. miała tylko pojechać po papierosy, bo jej pijany mąż miał taką zachciankę, ale jakie czasy taki O[dyseusz] i P[enelopa] (o tempora o mores, jakby zakrzyknął C[yceron]).

Nadmienić należy, że wszystkie te mity (Iliadę, Odyseję, oraz historię wspólnego pojechania przez małżonków M. po papierosy) Sąd Okręgowy uznaje za równie mało prawdopodobne, przy czym H[omer] oddać należy, że stworzył dzieła wybitne i nieocenione pod względem wpływu na kulturę i sztukę, a małżonkowie M. na szczęście nie.

Wracając jednak na grunt rozpoznawanej sprawy, zastanowić należy się, cóż się niby stało, że ta dobra kobieta (A. M.), kilka minut po okazaniu swej małżeńskiej miłości, dobroci i skłonności do poświęceń, porzuciła męża w rozbitym samochodzie, nie zatroszczyła się o jego bezpieczeństwo, nie wezwała pomocy, a w dodatku pozostawiła w samochodzie kluczyki, choć chwilę wcześniej tak roztropnie zadbała o to, aby jej małżonek nie prowadził samochodu? Nie stanowi wytłumaczenia tej zmiany postawy twierdzenie świadka, że była w szoku, bo najpierw wyskoczyła jej na drogę sarna, w wyniku czego wjechała do rowu, a potem mąż na nią nakrzyczał – jej zachowanie byłoby skrajnie nieracjonalne nawet w takich okolicznościach. Ponadto wręcz satyrycznie brzmi wersja, że A. M. w tej sytuacji uciekła do lasu.

Zapewne czytając powieści historyczne H[enryka] S[ienkiewicza], oskarżony i jego żona utrwalili sobie wiedzę, że w sytuacjach zagrożenia chłopi uciekali do lasu, ale zapomnieli, że dotyczyło to najazdów szwedzkich, tatarskich i kozackich mających miejsce kilkaset lat temu, a nie bardzo pasuje do sytuacji wjechania samochodem do rowu w centrum Polski w XXI wieku. Gdyby faktycznie A. M. prowadziła samochód, gdyby faktycznie po wjechaniu do rowu postanowiła uciekać przed mężem (pomijając omówioną wcześniej kwestię nieracjonalności takiego zachowania), to nie szukałaby schronienia w lesie, tylko udałaby się poboczem drogi do pobliskiego domu (bo daleko nie odjechała, zresztą zeznała, że po wszystkim tak właśnie wróciła do domu), albo zatrzymywała przejeżdżające pojazdy z prośbą o pomoc (bo takie były, o czym szerzej za chwilę). Ponadto przy założeniu, że była to tak płochliwa kobieta, że uciekała z samochodu, bo mąż na nią nakrzyczał, to raczej nie udawałaby się o północy do ciemnego lasu.

Opowieść ta jest tym bardziej niedorzeczna, że A. M. zeznała, jakoby przebiegła 300 metrów do linii lasu, potem w tym lesie ukrywała się, obserwując drogę (zapewne chcąc oddać cześć wspomnianym poprzednim pokoleniom naszych rodaków ukrywającym się po chaszczach przed wrażymi wojskami), widziała przyjazd policji, ale nawet wówczas nie wyszła z lasu (mimo, że była trzeźwa), tylko udała się do domu. Ta absurdalna wersja została wymyślona przez oskarżonego i jego żonę tylko w jednym celu – aby jakoś wytłumaczyć, dlaczego przejeżdżający krótko po wjechaniu samochodu prowadzonego przez oskarżonego do rowu tamtą drogą świadkowie nie widzieli żadnego pieszego poruszającego się poboczem. Dlatego małżonkowie M. wymyślili ucieczkę żony do lasu, nie bacząc, że ta linia obrony w tym momencie przekracza już takie granice nonsensu, że trudno ją traktować inaczej niż w kategoriach humorystycznych.

Dwa wyroki w cenie jednego?

Zarówno społeczeństwo, jak i sam skazany, powinni zrozumieć, że popełnienie szeregu drobnych przestępstw, za które orzekano za każdym razem niezbyt wysokie kary jednostkowe pozbawienia wolności i zakazy prowadzenia pojazdów mechanicznych, nie będą finalnie prowadzić do orzeczenia jednej niewielkiej kary na zasadzie absorbcji, bo wyrok łączny nie ma stanowić swoistej promocji dla notorycznych sprawców wielu przestępstw. Wręcz przeciwnie, najwyższa już pora, aby skazywani licznymi „drobnymi” wyrokami sprawcy uświadomili sobie, że zbieranie takich licznych niewysokich skazań może powodować efekt kumulacji (w myśl przysłowia, że „ziarnko do ziarnka aż zbierze się miarka”).

W tym konkretnym przypadku skazany uporczywie i wielokrotnie naruszał normę prawną z art. 178 a § 4 kk (a także popełnił czyn z art. 244 kk i z art. 190 § 1 kk), nic nie robiąc sobie z kolejnych skazań, tak jakby uważał, że jego zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych oraz obowiązek zachowania trzeźwości za kierownicą pojazdu mechanicznego nie dotyczy. Skoro poszczególne skazania na kary jednostkowe (najsurowsza z nich wynosiła 1 rok i 4 miesiące pozbawienia wolności, ale większość oscylowała w granicach jednego roku pozbawienia wolności) nie robiły na skazanym większego wrażenia (być może za bardzo wbił sobie do głowy więzienne powiedzenie, że „rok nie wyrok”), to pozostaje mieć nadzieję, że kara łączna 4 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności przemówi mu do wyobraźni i w końcu wpłynie na niego resocjalizująco.

Sędziowie też oglądają filmy

Ponadto niewiarygodne jest, że przywrócenie oskarżonemu uprawnień do prowadzenia pojazdów kategorii A polepszyłoby możliwości jego pracy, skoro polegała ona na transporcie i montażu multimedialnych wystaw fotograficznych i filmowych na terenie kraju i zagranicy w miejscach takich jak B., O.. K., K., B., H., B. (vide złożone na rozprawie apelacyjnej pismo od pracodawcy k. 69).

Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim ma wyrobioną wyobraźnię (w końcu oglądał i pozostaje pod wrażeniem filmu „Prosta historia” w reżyserii D. L.), ale mimo wszystko nie jest w stanie uwierzyć w wizję, w której oskarżony doczepia do swojego motocykla przyczepkę i udaje się w długą podróż do K., K., H., czy też chociażby B. (niczego B. nie ujmując) ciągnąc za sobą materiały na wystawę multimedialną. Dlatego wywody apelanta, jak to niezbędne dla pracy oskarżonego jest zachowanie mu uprawnień do prowadzenia pojazdów kategorii A, Sąd Okręgowy traktuje bardziej jako licentia poetica autora niż jako rzeczywistą potrzebę oskarżonego. Owszem, brak uprawnień do prowadzenia pojazdów kategorii A powoduje dla oskarżonego pewien dyskomfort (zawsze to lepiej poczuć wiatr we włosach i udać się do pracy motocyklem zamiast autobusem), ale nie jest on nadmierny i nie powoduje, że zaskarżony wyrok jest niewspółmiernie surowy.

Poetycko o dokumentach

Oczywiście w procesie cywilnym można dochodzić, jaka była rzeczywista wola stron, które wytworzyły dokument – ale po to, aby wiarygodnie i rzetelnie tą rzeczywistą wolę stron odczytać, musimy w procesie dochodzenia do prawdy dysponować jego pierwotną i nieskalaną treścią (nazwijmy ją dziewiczą), bo dopiero na tym zdrowym fundamencie można budować konstrukcję myślową pozwalającą odczytać rzeczywiste intencje stron. Dokument ma być jak przejrzysta i nienaruszona tafla wody – wpatrując się w nią można dociekać, co kryje się na dnie. Jednak nie będzie to możliwe, gdy ktoś już na wstępie tą wodę zmąci, wzburzy jej toń, a już tym bardziej, gdy celowo umyje w niej swoje brudne ręce, zmieniając jej barwę i przejrzystość.

Twardy Sąd Okręgowy

Lamenty oskarżonego, że koledzy namówili go do spożywania alkoholu są żałosną próbą wybielenia się i nie robią na Sądzie Okręgowym żadnego wrażenia – nikt oskarżonemu siłą wódki do ust nie wlewał, oskarżony jest dojrzałym, doświadczonym mężczyzną, znającym wpływ alkoholu na organizm człowieka, nie jest ograniczony umysłowo, więc to, że uległ namowom kolegów i napił się alkoholu, a potem prowadził jako kierujący pojazd mechaniczny w ruchu drogowym przemawia wręcz na jego niekorzyść, gdyż najwyraźniej jest tak słabym moralnie człowiekiem, że łatwo przychodzi mu łamanie porządku prawnego (wystarczy propozycja napicia się wódki).

I jeszcze kilka smaczków

Wszak oskarżony mógł dźwigać składający się na tę kwotę bilon, bo cieszył go słodki ciężar pieniędzy, mógł wypychać banknotami materac, bo usypiał, tylko słysząc ich powabny szelest, mógł wreszcie po prostu co wieczór patrzeć na rosnący stos żywej gotówki, bo parafrazując słowa pewnej reklamy, widok pieniędzy ( nawet nie swoich ) go uspokaja.

Cóż bowiem można zrobić przez 6 sekund? – wymienić z kimś krótki męski uścisk dłoni (czego zresztą obwiniona nie zrobiła), klepnąć kogoś po ramieniu (co zresztą nie miało miejsca), zaciągnąć się papierosem (co nie miało miejsca i akurat dobrze, wszak palenie szkodzi, a potrącony rowerzysta był niepełnoletni) – jednak takie zachowania i tak nie byłyby udzielaniem niezwłocznej pomocy ofierze wypadku.

Każde z tych osobowych źródeł dowodowych przedstawiło nieco inną historię, co jeszcze nie dziwi, albowiem każdy człowiek widzący jakieś zdarzenie z innej perspektywy może odebrać je inaczej (niczym w filmie Akiro Kurosawy pt. „Rashōmon”). Aby dojść do prawdy, należy wysłuchać każdej z tych opowieści, spróbować odnaleźć wspólny ich rdzeń i zastanowić się, czy relacja któregoś z uczestników tych wydarzeń może służyć jako obiektywny punkt odniesienia. W ww. filmie (arcydziele światowego kina) okazuje się to niemożliwe, albowiem każdy z uczestników zajścia demonizuje innych, wybiela siebie i ma ukryty motyw, aby kłamać. Jednak w przedmiotowej sprawie na szczęście jest inaczej.

Sędzia Tomasz Ignaczak zdecydowanie wyróżnia się na tle innych sędziów orzekających. Nie udziela jednak wywiadów żadnym mediom. Dlatego niech podsumowaniem jego działalności będzie cytat z jednego z jego wyroków: Oczywiście zdarzają się uzasadnienia sądów, które przypominają swoisty skrypt z przepisów i komentarzy, bo większość tekstu stanowią cytaty z aktów prawnych i opracowań – i Sąd Okręgowy czytelnikowi pozostawi ocenę, czy są to uzasadnienia dobre.