Utopiłeś auto w kałuży na drodze? Kosztami naprawy podzielisz się z jej zarządcą

1 października 2019
/

Jesień to w naszym kraju czas intensywnych opadów deszczu. Przy takiej pogodzie na drogach robi się ślisko i niebezpiecznie. To jednak nie wszystko. Czasami wody jest tak dużo, że system kanalizacyjny nie nadąża za jej odprowadzaniem. W wielu przypadkach jest to wina błędów projektowych czy niewłaściwego utrzymania drogi przez jej zarządcę. Zastanawiające jest, że po każdym deszczu zalaniu ulegają najczęściej te same ulice. Czy kierowca, który w takich warunkach zaleje silnik w swoim samochodzie, jest wyłącznie sam sobie winien?

Ponadstandardowe opady deszczu mogą być potraktowane jako siła wyższa. Nie są one przecież zależne od człowieka. Czym innym są jednak ich skutki. Czasami oczywiście nie sposób skutecznie przeciwdziałać naturalnej katastrofie. Z chmur może spaść tyle wody, że nawet najlepsze systemy kanalizacyjne nie pomogą. Są to jednak sytuacje ekstremalne. Drogi powinny być bowiem projektowane i utrzymywane tak, aby radzić sobie z pogodą właściwą dla danej strefy klimatycznej.

Skutków siły wyższej da się czasami uniknąć

Z tego powodu drogowcy w sytuacji nawet intensywnego deszczu nie mogą powoływać się na siłę wyższą. Nie uwolnią się więc tak łatwo od odpowiedzialności za nieprzejezdność drogi czy inne skutki ulewy. Działanie sił zewnętrznych to więc żadne usprawiedliwienie. Czy jednak mogą zostać zobowiązani do naprawienia szkody w pojazdach, które przez ulewę utopiły się w dużych kałużach? Przecież nawet przeciętny kierowca potrafi ocenić sytuację i zrezygnować z przejazdu.

Sąd Okręgowy w Łodzi w swoim ostatnim wyroku zajął kompromisowe stanowisko. Z jednej strony uznał generalną winę zarządcy drogi (miasta) i przedsiębiorstwa odpowiedzialnego za jej konserwację. Z drugiej zaś stwierdził poważne przyczynienie się poszkodowanego (kierowcy) do powstania szkody. Ustalone przy pomocy rzeczoznawców odszkodowanie zostało sądownie obniżone aż o połowę.

Problemem było niewłaściwe utrzymanie drogi

Jako przyczynę utworzenia się rozlewiska na jezdni wskazano nagromadzenie liści, gałęzi i innych odpadów w okolicach kratek odpływowych. Czyli problemem nie było nieprawidłowe zaprojektowanie i wybudowanie drogi, lecz jej niewłaściwe utrzymanie. Kierowca uszkodzonego przez wodę pojazdu za głównego winowajcę uznał miasto. Sporny odcinek drogi był bowiem pod jego zarządem. Podstawą prawną odpowiedzialności w takim przypadku może być art. 20 ustawy z dnia 21 marca 1995 roku o drogach publicznych, który określa powinności zarządcy drogi. Warto tutaj wyróżnić następujące obowiązki:

  • utrzymanie nawierzchni drogi, chodników, drogowych obiektów inżynierskich, urządzeń zabezpieczających ruch i innych urządzeń związanych z drogą,
  • wykonywanie robót interwencyjnych, robót utrzymaniowych i zabezpieczających,
  • wprowadzanie ograniczeń lub zamykanie dróg i drogowych obiektów inżynierskich dla ruchu oraz wyznaczanie objazdów drogami różnej kategorii, gdy występuje bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa osób lub mienia.

Z powyższego wynika, że zarządca drogi musi dbać o jej utrzymanie, czego elementem jest zapewnienie bezpieczeństwa uczestników ruchu. Jeśli z uwagi chociażby właśnie na siłę wyższą normalna eksploatacja drogi nie jest w danym momencie możliwa, obowiązkiem właściwego podmiotu jest zamknięcie określonego jej odcinka.

Sąd I instancji po stronie zarządcy drogi i wybranej przez niego firmy

W przedmiotowej sprawie miasto nie uznało swojej odpowiedzialności. Powoływano się oczywiście na siłę wyższą i związany z nią brak możliwości odpowiedniej reakcji – opady deszczu były zbyt intensywne i szybko postępujące. Drugą przyczyną odmowy wypłaty odszkodowania był fakt przekazania czynności związanych z utrzymaniem dróg profesjonalnemu przedsiębiorstwu. Takie scedowanie obowiązków jest jak najbardziej możliwe. Jak można się domyśleć, firma odpowiedzialna za przejezdność drogi również powołała się na siłę wyższą.

Sąd I instancji zgodził się z argumentacją pozwanych. Oddalił powództwo, wskazując na siłę wyższą. Podniesiono również, że pracownicy przedsiębiorstwa wybranego przez miasto zrobili wszystko, co było w ich mocy. Pojawili się bowiem na miejscu zdarzeń niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia o utworzeniu się ponadstandardowego rozlewiska. Drugą istotną przyczyną nieuwzględnienia żądań było zachowanie samego poszkodowanego. Zdaniem sądu nie powinien on w takich warunkach przejeżdżać przez wodę. Jest bowiem powszechnie wiadome, że próba przebrnięcia przez głębokie kałuże może skończyć się zalaniem silnika. Chęć szybkiego powrotu do domu nie powinna tutaj decydować.

Wina utrzymujących drogę i przyczynienie się kierowcy

Niezadowolony kierowca odwołał się od wyroku. Apelacja okazała się skuteczna. Sąd Okręgowy w Łodzi uwzględnił ją i zmienił zaskarżone orzeczenie. Uznano ostatecznie, że odpowiedzialność za zdarzenie ponosi zarówno zarządca drogi, jak i przedsiębiorstwo powołane do jej utrzymania. Zdaniem sądu miasto powinno dbać o bezpieczeństwo ludzi i mienia tak, aby nawet w czasie intensywnych opadów deszczu przejezdność drogi została zachowana. Zasłanianie się siłą wyższą oraz faktem scedowania zadań na inny podmiot nie może odnieść skutku. Szczególnie, że – jak ustalono – rozlewisko nie utworzyło się na spornym odcinku po raz pierwszy.

Wina przedsiębiorstwa wybranego przez miasto wynikała z kolei ze zbyt opieszałej i nieadekwatnej do zagrożenia reakcji na zgłoszenie. Ustalono, że gdyby dyżurujący pracownicy szybciej podjęli odpowiednie działania, do przedmiotowej szkody by nie doszło. Usunięcie zatoru w ciągu kanalizacyjnym było możliwe w krótszym czasie.

Jak już jednak wyżej wskazano, mimo licznych zaniedbań po stronie pozwanych, nie zostali oni zobowiązani do wypłaty pełnego odszkodowania. Zdaniem sądu II instancji powód przyczynił się do powstania szkody aż w 50%. Jego decyzja o przejeździe przez rozlewisko była bowiem zbyt pochopna. Nie skorzystał on z własnego życiowego doświadczenia i postanowił zaryzykować. Mimo świadomości zagrożenia wybrał chęć szybszego powrotu do domu. Nie opłaciło się to, gdyż w ostatecznym rozrachunku mężczyzna stracił czas i 6,5 tysiąca złotych.