Odszkodowanie za spóźniony autobus. Pasażerowi należy się zwrot za Ubera!

4 listopada 2019
/

Zewsząd słychać krytykę komunikacji miejskiej w dużych polskich miastach. Pasażerowie za główny grzech przewoźników uznają notoryczne spóźnienia. Szczególnie w godzinach szczytu czy w czasie intensywnych opadów śniegu. O ile niekorzystne warunki atmosferyczne mogą być uznane za siłę wyższą, o tyle duże natężenie ruchu nie może stanowić usprawiedliwienia dla jazdy niezgodnej z rozkładem. Tak orzekł ostatnio Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia. To jednak nie wszystko – sędziowie uznali, że za opóźnienie może należeć się odszkodowanie.

Przełomowy wyrok wydano dzięki upartej postawie jednego z użytkowników toruńskiej komunikacji miejskiej. Zdecydował się on bowiem pozwać przewoźnika za stratę, którą poniósł w związku ze spóźnieniem się autobusu. Zamiast oczekiwać na jego przyjazd, zamówił i opłacił Ubera. Tylko dzięki temu dotarł na umówione spotkanie.

Standardowy korek przyczyną opóźnienia

Wszystko wydarzyło się 6 września 2017 roku. Warunki atmosferyczne były dobre. Na trasie nie wydarzył się żaden wypadek. Wszystkie pojazdy były sprawne i wyjechały na trasę. Mimo tego Tymon Radzik – doradca dawnej minister cyfryzacji Anny Streżyńskiej – czekał na autobus kilkadziesiąt minut. Nie mógł dłużej opóźniać swojej podróży z uwagi na umówione spotkanie. Dlatego zamówił Ubera. Był na czas, aczkolwiek kosztowało go to 22 zł. Autobusem pojechałby bezkosztowo – miał bowiem aktywny bilet długookresowy.

Mężczyzna nie pogodził się z tym, że musiał ponieść dodatkowy koszt przez nieefektywnie działającą komunikację miejską. Zwrócił się więc do przewoźnika – firmy Arriva Bus Polska – o zwrot poniesionych przez siebie kosztów. Tłumaczenie wzywanego było kuriozalne. Zdaniem przedsiębiorcy stały użytkownik systemu miejskiego transportu powinien liczyć się z opóźnieniami i być do nich przyzwyczajony. To stwierdzenie przelało czarę goryczy i przekonało poszkodowanego do założenia sprawy cywilnej w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia.

Sąd po stronie użytkownika komunikacji miejskiej

Sąd stanął po stronie konsumenta. Rozprawa trwała tylko kilka minut i została zwieńczona wyrokiem zasądzającym od przewoźnika kwotę 22 zł. Powód otrzymał również zwrot kosztów postępowania w wysokości 60 zł. Orzeczenie nie jest jeszcze prawomocne. Przyznana kwota jest niewielka. Znaczenie orzeczenia może być jednak w praktyce dość duże. Jest to pierwsze tego typu rozstrzygnięcie, a przecież pasażerów skarżących się na opóźnienia w komunikacji miejskiej nie brakuje. Na pewno znajdzie się osoba, która w przyszłości powoła się na uzasadnienie sądu z tej sprawy. Co warto z niego zapamiętać?

Sąd stwierdził przede wszystkim, że zatorów drogowych (korków) nie można uznać za „siłę wyższą”. Trudno bowiem określić je jako „nagłe i niespodziewane” zdarzenie. W ten właśnie sposób definiowane jest to pojęcie. Poza tym tradycyjnie „siła wyższa” odnosi się do zdarzeń naturalnych, takich jak pożary, powodzie czy trzęsienia ziemi. Dlatego też przewoźnik nie mógł skorzystać z tej generalnej przesłanki wyłączającej odpowiedzialność odszkodowawczą.

Zaznaczono, że przewoźnik jest podmiotem profesjonalnie zajmującym się świadczeniem tego typu usług. Dlatego też wymaga się od niego podwyższonej staranności. Oczywiście właściciel autobusu nie ma wpływu na korki. Może chociażby zgłaszać uwagi do rozkładu jazdy. Ma też przecież prawo odmówić związania się umową z organizatorem miejskiego transportu, jeśli uzna narzucany mu rozkład jazdy za niemożliwy do zrealizowania. Z tych względów ponosi ryzyko ewentualnych roszczeń pasażerów w przypadku nienależytego realizowania umowy przewozu.

Szkoda musi być bezpośrednim skutkiem opóźnienia

W rezultacie uznano, że firma Arriva ponosi odpowiedzialność za szkody będące w związku przyczynowym z opóźnieniem autobusu. Taki charakter miała właśnie strata majątkowa Tymona Radzika. Gdyby bowiem nie doszło do kilkudziesięciominutowego przestoju, nie musiałby on skorzystać z usług innego przewoźnika. Nie poniósłby więc związanego z tym kosztu w wysokości 22 zł.

Jeśli ktoś ma podobny problem, może więc próbować walczyć o odszkodowanie. Trzeba jednak pamiętać, żeby nie przesadzić z roszczeniami. Nie wszystkie bowiem poniesione koszty mogą być uznane za będące w adekwatnym związku przyczynowym z opóźnieniem autobusu. Można zgłosić stratę będącą jedynie bezpośrednim następstwem działań bądź zaniechań przewoźnika. Chodzi tu więc głównie i zapewne wyłącznie o koszty związane ze skorzystaniem z transportu zastępczego.

Zewsząd słychać krytykę komunikacji miejskiej w dużych polskich miastach. Pasażerowie za główny grzech przewoźników uznają notoryczne spóźnienia. Szczególnie w godzinach szczytu czy w czasie intensywnych opadów śniegu. O ile niekorzystne warunki atmosferyczne mogą być uznane za siłę wyższą, o tyle duże natężenie ruchu nie może stanowić usprawiedliwienia dla jazdy niezgodnej z rozkładem. Tak orzekł ostatnio Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia. To jednak nie wszystko – sędziowie uznali, że za opóźnienie może należeć się odszkodowanie.

Przełomowy wyrok wydano dzięki upartej postawie jednego z użytkowników toruńskiej komunikacji miejskiej. Zdecydował się on bowiem pozwać przewoźnika za stratę, którą poniósł w związku ze spóźnieniem się autobusu. Zamiast oczekiwać na jego przyjazd, zamówił i opłacił Ubera. Tylko dzięki temu dotarł na umówione spotkanie.