Polscy seryjni mordercy – Karol Kot

Mała Małgosia szybkim krokiem zbiega po schodach kamienicy. Prawdopodobnie jedno z rodziców wysłało ją by sprawdziła, czy w skrzynce na listy nie znajduje się żadna zawartość. Gdy dziewczynka z zaciekawieniem „majstruje” przy miejscu przeznaczenia, jej ciało zostaje przebite przez przypominające miecz ostre narzędzie. Nie ma jednak czasu zrozumieć co się stało, gdyż po kilku kolejnych ciosach pada na ziemię…

Strzelec z zamiłowaniem do noża

Karol Kot urodził się 18 grudnia 1946 roku w Krakowie. W dzieciństwie nauka przychodzi mu dosyć łatwo i bezproblemowo dostaje się do technikum. Tam powoli zaczyna rozwijać swoje militarne zainteresowania. Zostaje działaczem Ligi Obrony Kraju, Związku Młodzieży Socjalistycznej oraz Ochotniczej Rezerwy Milicji.

Chłopak szybko ogarnia sztukę obsługi karabinku sportowego, a także zgłębia wiedzę na temat noży i trucizn. Z lubością pogrąża się w lekturze traktującej o sekretach ludzkiego ciała. Poznaje również miejsca najważniejszych organów człowieka i odkrywa ich funkcje.

Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube
Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube

„Ciepła krew smakuje najlepiej”

Młody Karol przebywając na wsi bardzo lubi odwiedzać miejscową rzeźnię. Pracownicy tej placówki widząc jego niezdrowe zaciekawienie próbują pozbyć się chłopaka. W końcu dają za wygraną i postanawiają zapoznać go z sekretami uboju.

Sam proces jest czymś powszechnie akceptowanym w środowisku istot mięsożernych. Sam fakt ciekawości Karola nie zdziwiłby tak bardzo, gdyby w momencie upuszczania krwi zwierzęcia nie stał nad jego gardłem z kubkiem czekając aż będzie mógł się napić.

Młody uczeń jednak nie czuł się usatysfakcjonowany ilością spożytego płynu i zawsze zabierał ze sobą drugie tyle do domu. Z oświadczeń złożonych na milicji po jego schwytaniu spokojnie tłumaczył jednak, że „zimna już tak dobrze nie smakowała”. Tak jak w przypadku innych seryjnych morderców zaczynał skromnie. Od zabijania wszelkiej maści drobnych, Bogu ducha winnych zwierzątek.

Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube

Duchowość Kota

W pewny wrześniowy dzień (1964 rok) Karol jak zawsze się budzi, jak zawsze ubiera, ale coś się zmienia. Wychodząc z mieszkania bierze ze sobą jeden ze swoich noży i rusza w swoją podróż po kościołach. Bynajmniej nie jest to motywowane chęcią zbliżenia się do Absolutu, a chęcią mordu, która kieruje go do klasztoru Sercanek.

Klęcząca w zadumie starsza kobieta nie zdążyła wypowiedzieć żadnego słowa, kiedy w jej plecach utkwił karabinowy bagnet. Jak określił to w protokole: „Przez plecy prowadzi przecież najkrótsza droga do serca”. Kobieta została odratowana. Sprawca zbiegł.

Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube

Samotność = śmierć

Dwa dni po pierwszym incydencie (23 września 1964 roku) znaleziono kolejną staruszkę, która miała dziurę w plecach. Kolejny raz atak okazał się nieskuteczny i kobieta przeżyła. Na mieszkańców Krakowa padł jednak blady strach. Kto mógł czuć się bezpiecznie, jeżeli w środku dnia nieznany sprawca grasuje z nożem po mieście?

Wiele osób zaczęło bać się wychodzić z domu. Usłyszeć można było różnorodne plotki, jak ludzie ukrywali pod ubraniami metalowe przedmioty mogące uchronić ich przed nagłym ciosem ostrego narzędzia.

Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube

„Do trzech razy sztuka”

Starsza pani czyta sobie spokojnie rozwieszone klepsydry. Nie zdaje sobie sprawy, że niedługo jej imię zostanie umieszczone na kolejnej z nich. „Młody chłopiec” – zdążyła powiedzieć, następnie zapadła w sen, z którego miała już się nie obudzić. Sprawca zaatakował po raz trzeci, a atak z 29 września okazał się skuteczny. Mająca 77 lat kobieta została przewieziona do szpitala, jednak nie udało się już jej pomóc.

W prasie ukazywały się komunikaty zawierające informacje o trzech atakach nożownika. Milicja oczekiwała, że uzyska konkretne informacje mogące pomóc w znalezieniu mordercy. Wszyscy mówili o nożowniku, który atakuje starsze samotne kobiety. Śmiertelny akcent zakończył na jakiś czas krwawą serię, a śledztwo przez brak dowodów zostało umorzone. Nikt nie spodziewał się, że za półtora roku „Wampir” wróci, a jego obecność zostawi za sobą jeszcze mroczniejszy ślad.

Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube

Dziecko, sanki i krew na śniegu

13 lutego 1966 roku na Kopcu Kościuszki zjeżdżał sobie na sankach młody chłopiec. 11-letni Leszek lubił spędzać czas w ten sposób. Jak każde dziecko, ufne i beztroskie, nie poczuł zagrożenia oddalając się do miejsca, w którym nikt nie mógł mu pomóc. Zaskoczenie dopadło go w momencie, kiedy raz za razem nóż wbijał się w jego ciało, zaskoczony był także trener (od zawodów saneczkowych) chłopaka który znalazł jego ciało w kałuży krwi. Medycy sądowi przy badaniu ciała biednego dziecka zadawali sobie pytania: Po co tyle ciosów? Ilość „śladów” po nożu była wielokrotnie większa, niż ta potrzebna do zabicia konkretnej osoby. Jest to tzw. zjawisko overkill („nadzabijanie”) i wiąże się z pewnymi stanami emocjonalnymi sprawcy lub przemawia za tym umotywowana intencja brutalnego morderstwa, by pozbawić ofiarę cech człowieczeństwa.

Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube
Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube

Kolejną ofiarą stała się 11-letnia Małgosia, której ciało zostało kilkukrotnie przebite mizerykordią (krótki, wąski sztylet o długiej klindze służący do dobijania rannych i umierających). Ofiara, mimo licznych i strasznych obrażeń została uratowana.

Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube
Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube

„Dziewczyna” nożownika

Na treningach strzeleckich Karol poznał dziewczynę. Młoda i piękna studentka Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych zdecydowała stać się przełomem w śledztwie. Udała się na milicję i powiedziała funkcjonariuszom, że Karol Kot może być sprawcą ostatnich krakowskich morderstw. „Wampir” miał zostać wykryty, bo stał się „zbyt nachalny”.

Chłopak spotykał się z uczennicą także po zajęciach w klubie sportowym. Dla niego były to randki ze swoją sympatią, dla niej zwykłe towarzyskie spotkania bez zobowiązań. Mimo kilkuletniej różnicy wieku (ona kilka lat starsza) starał się nakłonić ją do bliższego kontaktu, na co dziewczyna pozostawała zdystansowana.

Podczas wspólnej wyprawy za miasto młody zabójca niespodziewanie rzucił się na swoją ukochaną z nożem i groził śmiercią. Dziewczyna szczerze nie wierząca w mroczną stronę Karola bierze to za żart, głupi i niesmaczny, ale żart. Dopiero po kilku zwierzeniach z jego morderczych przygód (w tym szczególnie istotny był atak na 11-letnią dziewczynkę) i dochodzących z całego Krakowa doniesień medialnych postanowiła donieść na swojego kolegę.

Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube

Z uśmiechem na szubienicę

Po zeznaniach studentki i konfrontacji Karola z niedoszłymi ofiarami rozpoczął się proces badania jego osoby. Mimo sprzecznych opinii sąd zdecydował się uznać go za winnego. W ciągu całego procesu nie wyraził żadnej skruchy, „zabijał bo lubił”, śmiech nie znikał z jego twarzy, a obecni na sali mogli zderzyć się z kontrastem powagi sytuacji i gestem radości i machania ręką ze strony mordercy.

Zgodnie z obecnym w tamtych latach prawem Karol Kot został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Do dziś jego przykład jest powodem sporów, czy decyzja ta była słuszna. Natura „Wampira z Krakowa” mogła pochodzić od choroby psychicznej, czemu ówczesny sąd nie dał wiary. Sam zainteresowany również potwierdził, że robił to świadomie i ku własnej radości.

Screenshot - Discovery/YouTube
Screenshot – Discovery/YouTube